Tydzień temu znalazłam wreszcie mieszkanie, które spełnia moje oczekiwania: nie za małe, nie za duże, nie zagracone (ale meble w kuchni są) i takie, w którym wiem, że będę się w nim dobrze czuła.
Kiedy to, co było w sferze planów nabrało realnych kształtów, to dopiero załapałam doła! I nie dało się nawet trzymać fasonu w tej sytuacji, po prostu było mi szkoda, przykro, żal, zastanawiałam się czy coś jeszcze można było zrobić. Musiałam o tym z kimś porozmawiać, szukałam potwierdzenia, czy dobrze robię. Dzięki temu przekonałam się na ile osób mogę liczyć!
A potem znalazłam ciekawy artykuł dotyczący zmiany. Pomógł mi zrozumieć, co przechodzę. Przede wszystkim dręczył mnie 'efekt utopionych kosztów', czyli właśnie myślenie o tych 20 wspólnych latach, o nakładzie emocji, uczuć, planów i faktycznych kosztów materialnych. Dotyczyło mnie także coś, co nazywa się 'eskalacją zaangażowania'. Objawiało się to tym, że przez te ostatnie lata, kiedy traciłam nadzieję, ze może być lepiej w naszym związku, to Piotrek nagle potrafił pokazać, jaki to on jest świetny itd. Inaczej nazywa się to 'wzmacnianie sporadyczne'. Jak sobie to uświadomiłam, to doszłam do wniosku, że ok, pozwolę sobie na przeżycie tego całego żalu, ale nie pozwolę, żeby mnie zatrzymywał w miejscu (Peg Streep, Alan B. Bernstein "Daruj sobie. Przewodnik dla tych którzy nie potrafią przestać").
Ostatecznie wszelkie wątpliwości uległy rozwianiu, jak zajrzałam na swojego poprzedniego bloga, którego pisałam od 2005 roku. Już zapomniałam o tym, ale ja plany związane z wyprowadzeniem się miałam już ponad 10 lat temu. Wtedy jeszcze nie miałam kredytu, myślałam o tym żeby zamienić kawalerkę moją i mamy na większe mieszkanie i zamieszkać z babcią. Ale jednak kilka lat później wzięliśmy kredyt na remont tego strychu. Chciałam wierzyć, że między nami się ułoży. A potem długo nie miałam już pola manewru ze względu na finanse. Dopiero odkąd zaczęłam chodzić na terapię zmienił się też mój stosunek do wszystkiego i zaczęłam myśleć bardziej o sobie. Dzięki temu pomału pospłacałam swoje długi, debety i karty.
I tak oto ostatecznie straciłam wątpliwości odnośnie tego co jest słuszne. Chociaż dużo mnie to kosztowało. Dzisiaj rozmawiałam z właścicielami mieszkania i podpisujemy umowę. To ważny dzień dla mnie. Jutro i pojutrze pojadę posprzątać po remoncie i po malowaniu, a w sobotę chciałabym przewieźć najcięższe rzeczy.
W międzyczasie myślę, co mam do kupienia, co w pierwszej kolejności, co później na spokojnie. Także wygląda na to, że to mój ostatni tydzień tutaj.
Wszyscy pytają, co Piotrek na to. Jak mówię, że nic, to nie rozumieją, jak to możliwe. Że nie zależy mu? Ale ja myślę, że on już po prostu w tym temacie nie ma żadnych argumentów i dlatego nie ma żadnej rozmowy. Radzi sobie tak jak potrafi z sytuacją, czyli raz jest trzeźwy, raz nie. Ale wiem, że nie jest mu lekko i tylko się cieszę, że nie jesteśmy pokłóceni czy poobrażani na siebie.
bo ważne jest to co TU i TERAZ
poniedziałek, 29 lutego 2016
sobota, 20 lutego 2016
choroba na zdrowie
Rozchorowałam się - przytrafiła mi się angina. Ostatnio na to chorowałam chyba będąc dzieckiem. Poza tym jak to: ja - mors? A jednak można. Ale nic nie dzieje się bez przyczyny i mam swoją teorię na ten temat. Konieczność wzięcia zwolnienia lekarskiego i wyjście z codziennego kołowrotku na prawie tydzień pokazało mi w jakim zabieganiu żyję. Nawet nie mam czasu zastanowić się spokojnie nad sprawami, dla których powinnam znaleźć czas, żeby się zastanowić. I jak ten pierwszy bunt opadł (że jak to: ja - mors? ;)) to przyszła ulga, że nic nie muszę. Że mogę nic nie robić, bez wyrzutów sumienia, że coś robić powinnam. Bo ja je mam nawet przed sobą. To tylko pokazuje, że poza wszystkimi moimi zajęciami, które w końcu przecież bardzo lubię, powinnam mieć jeszcze jakiś margines, żeby się w tym wszystkim nie zapętlić.
Zwolnienie mam od wtorku, dziś jest sobota. Jeszcze we wtorek byłam w pracy, ale czułam, że do niczego dobrego to nie prowadzi i pojechałam do lekarza. No i bardzo dobrze zrobiłam, bo jeszcze pół firmy bym zaraziła. Także jestem zadowolona z tego, że nie świrowałam z braniem antybiotyku i chodzeniem do pracy za wszelką cenę. Uznałam, że muszę dać sobie odpocząć. I udało mi się to zdecydowanie. A jak już najgorsze minęło, całkiem szybko zresztą, bo antybiotyk dobrze na mnie zadziałał, to zajęłam się kilkoma zaległościami, ale na spokojnie. Także nie można powiedzieć, że całkiem nic nie robiłam, pomijając pierwsze dni choroby ;)
Po powrocie z Mediolanu, pod koniec października mieliśmy jeszcze z Piotrkiem rozmowę i podjęliśmy kolejną próbę. Miał zmienić podejście do terapii i przede wszystkim nie pić, zero alkoholu. Jeny, ale się starał, aby odbudować swoją pozycję. Normalnie doszłam do wniosku, że gdybym odeszła, to gdzie ja drugi taki ideał znajdę? Odgadywał moje myśli i spełniał zanim zdążyłam je wypowiedzieć. Sugerowałam mu żeby zaczął chodzić na terapię tam gdzie ja, żeby przede wszystkim zaczął chodzić na sesje grupowe. Jednak nie bardzo mu to było w smak. No i sielanka tak trwała do Wigilii. Najwyraźniej wróciły dawne mechanizmy, że jak się trochę napije, to przecież nic nie szkodzi. Nie miałam wesołych świąt. I tak od tego czasu widzę tylko jedno wyjście, w kierunku którego zmierzam: scedować na niego kredyt i wyprowadzić się.
Powinno to dać mi wreszcie spokój, dużo swobody, nowe możliwości. Trudno mi jednak zrozumieć, dlaczego nie czuję się z tym zbyt dobrze. Pomału chyba dopuszczam do siebie myśl, że to nie jest zmiana na pstryknięcie palcami, tak jak sobie to wyobrażałam. Chyba chciałam uniknąć jakiegokolwiek bólu związanego ze stratą i innymi uczuciami, które są w tej sytuacji jak najbardziej na miejscu. A jest ich sporo, tylko nie pozwalam sobie ich poczuć. Staram się zachować uśmiech na zewnątrz i być silna. A przecież wszystko co do tej pory starałam się budować rozsypało się. Dotyczy to rodziny głównie, ale także mieszkania, o którym marzyłam, które wreszcie zaczęło nabierać kształtów.
Spaliłam tydzień temu swoje pamiętniki. Pisałam o tym z Celiną, była bardzo zaskoczona. Zapytała dlaczego, myślała, że były dla mnie ważne. A ja chyba jestem w fazie, w której nadal nie mogę się pogodzić z rozczarowaniem, że moje uczucia, które kiedyś miałam, okazały się tak naiwne. Tyczy się to nie tylko uczuć do Piotrka, ponieważ zwątpiłam po całości. Wszystko co się wiąże z zakochaniem, zaufaniem, oddaniem, wydaje się być bez sensu, a ja głupia i naiwna właśnie. Dlatego widziałam to jako żenujące i pamiętniki poszły w piec. Celina pisała, że przecież tyle starania wkładałam w okładki, że to byłam ja, że pisałam tam też o Elvisie, itd. Ze widocznie musi być mi ciężko. I dopiero wtedy do mnie dotarło chyba, z jakich naprawdę pobudek spaliłam te nieszczęsne zeszyty. Jakoś próbowałam odreagować, poradzić sobie. I tak sobie teraz myślę, że musze dać sobie prawo do smutku, ubolewania. Żeby to poczuć, a potem może wreszcie się wyzwolić.
Dzisiaj sobie pomyślałam, że w ogóle moja sytuacja pod pewnymi względami wygląda jak w dzieciństwie, tylko teraz zawdzięczam ją mężowi. Na co dzień mam tak, że nie wiem, czy wróci trzeźwy, ogólnie jestem zła i nawet jak jest trzeźwy, to nie mam ochoty z nim rozmawiać, także prawie nie rozmawiamy, poza tym nad czym ja w ogóle chcę ubolewać? Chyba nad czymś, co miałam bardzo krótko, bo jak inaczej to można określić? Tak jak mój ojciec, którego zabrakło długo wcześniej, zanim zginął w wypadku, tak i teraz Piotrek od dawna nie wywiązywał się z roli męża i ojca tak jak powinien. Chyba nad tym tylko mogę ubolewać, bo ta strata dokonała się już trochę czasu temu.
Tak wyglądały moje pamiętniki. Już jakiś czas temu myślałam, żeby je spalić. Kiedyś pisałam je z myślą o swojej córce, ale teraz jednak nie widzę tego, że miałaby je czytać ;) To była taka moja paplanina, miałam potrzebę się wygadać i tyle. Ale zawsze było mi trochę szkoda. Teraz na myśl o przeprowadzce wyobrażam sobie przenoszenie tych wszystkich rzeczy i zastanawiam się czego mogłabym się pozbyć. I poczułam, że już mi tych pamiętników nie jest szkoda. Zdecydowałam się wykorzystać tę sytuację. Dopiero potem zrozumiałam skąd ta zmiana nastawienia. Ale nie chcę żałować tego kroku. Trzeba się pomału odcinać od przeszłości, żeby zacząć coś nowego.
Zwolnienie mam od wtorku, dziś jest sobota. Jeszcze we wtorek byłam w pracy, ale czułam, że do niczego dobrego to nie prowadzi i pojechałam do lekarza. No i bardzo dobrze zrobiłam, bo jeszcze pół firmy bym zaraziła. Także jestem zadowolona z tego, że nie świrowałam z braniem antybiotyku i chodzeniem do pracy za wszelką cenę. Uznałam, że muszę dać sobie odpocząć. I udało mi się to zdecydowanie. A jak już najgorsze minęło, całkiem szybko zresztą, bo antybiotyk dobrze na mnie zadziałał, to zajęłam się kilkoma zaległościami, ale na spokojnie. Także nie można powiedzieć, że całkiem nic nie robiłam, pomijając pierwsze dni choroby ;)
Po powrocie z Mediolanu, pod koniec października mieliśmy jeszcze z Piotrkiem rozmowę i podjęliśmy kolejną próbę. Miał zmienić podejście do terapii i przede wszystkim nie pić, zero alkoholu. Jeny, ale się starał, aby odbudować swoją pozycję. Normalnie doszłam do wniosku, że gdybym odeszła, to gdzie ja drugi taki ideał znajdę? Odgadywał moje myśli i spełniał zanim zdążyłam je wypowiedzieć. Sugerowałam mu żeby zaczął chodzić na terapię tam gdzie ja, żeby przede wszystkim zaczął chodzić na sesje grupowe. Jednak nie bardzo mu to było w smak. No i sielanka tak trwała do Wigilii. Najwyraźniej wróciły dawne mechanizmy, że jak się trochę napije, to przecież nic nie szkodzi. Nie miałam wesołych świąt. I tak od tego czasu widzę tylko jedno wyjście, w kierunku którego zmierzam: scedować na niego kredyt i wyprowadzić się.
Powinno to dać mi wreszcie spokój, dużo swobody, nowe możliwości. Trudno mi jednak zrozumieć, dlaczego nie czuję się z tym zbyt dobrze. Pomału chyba dopuszczam do siebie myśl, że to nie jest zmiana na pstryknięcie palcami, tak jak sobie to wyobrażałam. Chyba chciałam uniknąć jakiegokolwiek bólu związanego ze stratą i innymi uczuciami, które są w tej sytuacji jak najbardziej na miejscu. A jest ich sporo, tylko nie pozwalam sobie ich poczuć. Staram się zachować uśmiech na zewnątrz i być silna. A przecież wszystko co do tej pory starałam się budować rozsypało się. Dotyczy to rodziny głównie, ale także mieszkania, o którym marzyłam, które wreszcie zaczęło nabierać kształtów.
Spaliłam tydzień temu swoje pamiętniki. Pisałam o tym z Celiną, była bardzo zaskoczona. Zapytała dlaczego, myślała, że były dla mnie ważne. A ja chyba jestem w fazie, w której nadal nie mogę się pogodzić z rozczarowaniem, że moje uczucia, które kiedyś miałam, okazały się tak naiwne. Tyczy się to nie tylko uczuć do Piotrka, ponieważ zwątpiłam po całości. Wszystko co się wiąże z zakochaniem, zaufaniem, oddaniem, wydaje się być bez sensu, a ja głupia i naiwna właśnie. Dlatego widziałam to jako żenujące i pamiętniki poszły w piec. Celina pisała, że przecież tyle starania wkładałam w okładki, że to byłam ja, że pisałam tam też o Elvisie, itd. Ze widocznie musi być mi ciężko. I dopiero wtedy do mnie dotarło chyba, z jakich naprawdę pobudek spaliłam te nieszczęsne zeszyty. Jakoś próbowałam odreagować, poradzić sobie. I tak sobie teraz myślę, że musze dać sobie prawo do smutku, ubolewania. Żeby to poczuć, a potem może wreszcie się wyzwolić.
Dzisiaj sobie pomyślałam, że w ogóle moja sytuacja pod pewnymi względami wygląda jak w dzieciństwie, tylko teraz zawdzięczam ją mężowi. Na co dzień mam tak, że nie wiem, czy wróci trzeźwy, ogólnie jestem zła i nawet jak jest trzeźwy, to nie mam ochoty z nim rozmawiać, także prawie nie rozmawiamy, poza tym nad czym ja w ogóle chcę ubolewać? Chyba nad czymś, co miałam bardzo krótko, bo jak inaczej to można określić? Tak jak mój ojciec, którego zabrakło długo wcześniej, zanim zginął w wypadku, tak i teraz Piotrek od dawna nie wywiązywał się z roli męża i ojca tak jak powinien. Chyba nad tym tylko mogę ubolewać, bo ta strata dokonała się już trochę czasu temu.
Tak wyglądały moje pamiętniki. Już jakiś czas temu myślałam, żeby je spalić. Kiedyś pisałam je z myślą o swojej córce, ale teraz jednak nie widzę tego, że miałaby je czytać ;) To była taka moja paplanina, miałam potrzebę się wygadać i tyle. Ale zawsze było mi trochę szkoda. Teraz na myśl o przeprowadzce wyobrażam sobie przenoszenie tych wszystkich rzeczy i zastanawiam się czego mogłabym się pozbyć. I poczułam, że już mi tych pamiętników nie jest szkoda. Zdecydowałam się wykorzystać tę sytuację. Dopiero potem zrozumiałam skąd ta zmiana nastawienia. Ale nie chcę żałować tego kroku. Trzeba się pomału odcinać od przeszłości, żeby zacząć coś nowego.
poniedziałek, 21 września 2015
Minęło pół roku, odkąd ostatnio pisałam. Jestem mniej szczęśliwa, tak od około czterech miesięcy. Najpierw mama zaczęła mieć kłopoty ze znalezieniem pracy na stałe i do tej pory się tym martwię. A potem, w maju Piotrek znowu zaczął pić. Tak jakby założył sobie że nie pije rok, a potem się zobaczy.
I od tego czasu mam z powrotem swoją huśtaweczkę. Jak nie pije jakiś czas to jest dobrze, zaczynam się znów otwierać, a wtedy znowu... łup!
Nie jest mi lekko, zwłaszcza jak się za wszelką cenę chce być silną i nie pozwolić sobie na żadne słabości - Pani Perfekcyjna Co Nigdy Nie Płacze.
Dopiero na terapii, w rozmowie dochodzę do tego, co naprawdę w głębi czuję. Że jestem nieszczęśliwa, samotna. Że te wszystkie drobiazgi, które mnie cieszyły jeszcze pół roku temu, już mnie nie cieszą. Że teraz źle się tu czuję. I nie jest mi dobrze być razem z kimś, kto... ech.
Do głowy przychodzą mi różne rzeczy. Zastanawiałam się, czy iść na studia podyplomowe, ale nie wiem na jakie. Nie wiem, co chciałabym dalej robić. Raz czuję się dobra w tym, co robię, a raz mam doła i czuję się beznadziejna. I nie chcę tego robić, mam już przesyt swoją pracą, czuję się coraz bardziej wypalona. Myślę, ze najbardziej chciałabym podróżować. Może wyjechać gdzieś i zostać na przykład kelnerką. A jak będę chciała poznać świat dalej, to się zabiorę i pojadę gdzieś indziej. Takie mi pomysły przychodzą do głowy. A może powinnam poszukać pracy związanej z podróżowaniem...
Jak opowiedziałam to wszystko mojej terapeutce, to zapytała, czy gdyby z Piotrkiem układało się dobrze, to czy też bym tak myślała. Prawda jest taka, że pół roku temu tak nie myślałam.
Od kilku tygodni chodzę jak znieczulona i nie wiem, co zrobić, jak z nim rozmawiać. Jak raz spróbowałam, nie był wtedy całkiem trzeźwy, to do tej pory pamiętam to spojrzenie pod tytułem: wal się. Znowu stosuje swoje manipulacje i sztuczki pijackie, nawet udało mu się wzbudzić we mnie niepewność, że może znowu się czepiam, o co mi chodzi?
No to w związku z tym, że już nie wiem, jak do niego trafić, jedyne co mi przyszło do głowy to podjąć decyzję. Porozmawiała trochę z dziećmi o tym, co czuję. Najrozsądniej byłoby scedować na niego resztę kredytu i wyprowadzić się, na przykład do Białogardu.
Tylko martwi mnie to, że teściowa ostatnio zaczęła chorować. W tym tygodniu będzie miała operację, ma stwierdzone jakieś zmiany nowotworowe, co prawda nie złośliwe, ale do tego jeszcze doszła cukrzyca. To nie ułatwia sprawy...
Z tego wszystkiego o najfajniejszej sprawie piszę na koniec. Tak się złożyło, że urlop w tym roku jeszcze przede mną. Wzięłam tylko tydzień w lipcu - pojechałyśmy z Dominiką na pielgrzymkę rowerową do Częstochowy :) Dwutygodniowy wypoczynek wypada mi więc w drugiej połowie października i wymyśliłam, że odwiedzę w końcu Celinę w Mediolanie :):):) Tyle razy mnie zapraszała, a ja zawsze miałam skrupuły, bo nie było mnie stać, żeby zabrać rodzinę, więc wolałam też nie jechać.
Aż tu w tym roku mój mąż obwieścił mi że jedzie do Egiptu, ze swoim najlepszym kolegą. Bez żadnych skrupułów. Hmmm, to mi dało do myślenia odnośnie mojego podejścia do tematu ;) Ostatecznie nie pojechał, bo zapił. A ja pojadę - zarezerwowałam już bilety!!!
I od tego czasu mam z powrotem swoją huśtaweczkę. Jak nie pije jakiś czas to jest dobrze, zaczynam się znów otwierać, a wtedy znowu... łup!
Nie jest mi lekko, zwłaszcza jak się za wszelką cenę chce być silną i nie pozwolić sobie na żadne słabości - Pani Perfekcyjna Co Nigdy Nie Płacze.
Dopiero na terapii, w rozmowie dochodzę do tego, co naprawdę w głębi czuję. Że jestem nieszczęśliwa, samotna. Że te wszystkie drobiazgi, które mnie cieszyły jeszcze pół roku temu, już mnie nie cieszą. Że teraz źle się tu czuję. I nie jest mi dobrze być razem z kimś, kto... ech.
Do głowy przychodzą mi różne rzeczy. Zastanawiałam się, czy iść na studia podyplomowe, ale nie wiem na jakie. Nie wiem, co chciałabym dalej robić. Raz czuję się dobra w tym, co robię, a raz mam doła i czuję się beznadziejna. I nie chcę tego robić, mam już przesyt swoją pracą, czuję się coraz bardziej wypalona. Myślę, ze najbardziej chciałabym podróżować. Może wyjechać gdzieś i zostać na przykład kelnerką. A jak będę chciała poznać świat dalej, to się zabiorę i pojadę gdzieś indziej. Takie mi pomysły przychodzą do głowy. A może powinnam poszukać pracy związanej z podróżowaniem...
Jak opowiedziałam to wszystko mojej terapeutce, to zapytała, czy gdyby z Piotrkiem układało się dobrze, to czy też bym tak myślała. Prawda jest taka, że pół roku temu tak nie myślałam.
Od kilku tygodni chodzę jak znieczulona i nie wiem, co zrobić, jak z nim rozmawiać. Jak raz spróbowałam, nie był wtedy całkiem trzeźwy, to do tej pory pamiętam to spojrzenie pod tytułem: wal się. Znowu stosuje swoje manipulacje i sztuczki pijackie, nawet udało mu się wzbudzić we mnie niepewność, że może znowu się czepiam, o co mi chodzi?
No to w związku z tym, że już nie wiem, jak do niego trafić, jedyne co mi przyszło do głowy to podjąć decyzję. Porozmawiała trochę z dziećmi o tym, co czuję. Najrozsądniej byłoby scedować na niego resztę kredytu i wyprowadzić się, na przykład do Białogardu.
Tylko martwi mnie to, że teściowa ostatnio zaczęła chorować. W tym tygodniu będzie miała operację, ma stwierdzone jakieś zmiany nowotworowe, co prawda nie złośliwe, ale do tego jeszcze doszła cukrzyca. To nie ułatwia sprawy...
Z tego wszystkiego o najfajniejszej sprawie piszę na koniec. Tak się złożyło, że urlop w tym roku jeszcze przede mną. Wzięłam tylko tydzień w lipcu - pojechałyśmy z Dominiką na pielgrzymkę rowerową do Częstochowy :) Dwutygodniowy wypoczynek wypada mi więc w drugiej połowie października i wymyśliłam, że odwiedzę w końcu Celinę w Mediolanie :):):) Tyle razy mnie zapraszała, a ja zawsze miałam skrupuły, bo nie było mnie stać, żeby zabrać rodzinę, więc wolałam też nie jechać.
Aż tu w tym roku mój mąż obwieścił mi że jedzie do Egiptu, ze swoim najlepszym kolegą. Bez żadnych skrupułów. Hmmm, to mi dało do myślenia odnośnie mojego podejścia do tematu ;) Ostatecznie nie pojechał, bo zapił. A ja pojadę - zarezerwowałam już bilety!!!
piątek, 13 marca 2015
Jestem szczęśliwa
Fantastyczne uczucie - być szczęśliwym. Chociaż specjalnie nic się nie zmieniło, ale czuję się szczęśliwa, wewnętrznie spokojna.
Może najmniej szczęśliwa jestem, jak muszę wstać przed piątą rano, ale poprawia mi się nastrój, jak mogę jechać do pracy rowerem.
W pracy czuję się doceniona, mam fajną, zgraną ekipę i ciąle "mi się chce". Pracować i być tam. Chociaż nawet czasem mnie coś wkurzy w pracy, to nie na tyle, żeby zaburzyć pozytywne uczucia, które mnie przepełniają.
Cieszę się jak pomyślę, że wracam do domu, w którym jest Piotrek, dzieci i cała nasza menażeria. I lubię TU być i być Z NIMI tu.
Dobrze się czuję na tym naszym strychu. Lubię naszą sypialnie, gdzie mogę się w spokoju zdrzemnąć, poczytać, odpocząć.
Czytanie... jest tyle fajnych książek I wreszcie znowu wróciłam do czytania, regularnego, najczęściej przed snem. Dobrze że szybko czytam, bo szybko też niestety zasypiam ;)
Terapia indywidualna idzie całkiem dobrze, kilka tematów mam ogarnietych i myślę, że jest poprawa w tych aspektach.Przynajmniej wiem, nad czym pracować.
Ptaki już wracają i coraz bardziej słychać ich śpiew - piękne po prostu.
Morsowanie w tym roku to okazja także do spotkania się ze świetnymi ludźmi, których coraz lepiej poznaję i bardzo dobrze się z nimi czuję. Dostaję od nich tyle pozytywnej energii, ciepła i serdecznosci, ze nie mieści się w głowie ;) Piotrek też ze mną często jeździ, chociaż oczywiście się nie kąpie, ale mi to nie przeszkadza. No i bycie nad morzem totalnie laduje moje akumulatory.
Chór i śpiewanie to jedna wielka przyjemność i satysfakcja :) Do tego częste bywanie w Centrum Kultury wiąże się też dosłownie z byciem w centrum kultury, dzięki różnym imprezom, fajna sprawa.
Dopełnieniem, bardzo istotnym, jest stabilizacja finansowa. Chwilowa, jak co roku o tej porze dostałam wlaśnie zwrot z podatku, a w krótce premię ;) Nie potrwa długo, ale bardzo cieszy :)
Mnóstwo rzeczy, spraw, powoduje, że jestem bardzo szczęsliwa. Nawet to, że w związku z awarią poprzedniego dostałam innego laptopa służbowego i jestem z niego zadowolona bardzo! Jest mniejszy, poręczniejszy i lżejszy, co nie jest bez znaczenia, kiedy zarzucam z nim plecak na rower.
I dzień robi się dłuższy. Bo, że jeszcze jest troche zimno kompletnie mi nie przeszkadza. Całą zimę jeżdżę na rowerze i w końcu jestem morsem :)
I można już wyjśc na rolki! To dobrze, bo za to na łyżwy już nie :)
Może najmniej szczęśliwa jestem, jak muszę wstać przed piątą rano, ale poprawia mi się nastrój, jak mogę jechać do pracy rowerem.
W pracy czuję się doceniona, mam fajną, zgraną ekipę i ciąle "mi się chce". Pracować i być tam. Chociaż nawet czasem mnie coś wkurzy w pracy, to nie na tyle, żeby zaburzyć pozytywne uczucia, które mnie przepełniają.
Cieszę się jak pomyślę, że wracam do domu, w którym jest Piotrek, dzieci i cała nasza menażeria. I lubię TU być i być Z NIMI tu.
Dobrze się czuję na tym naszym strychu. Lubię naszą sypialnie, gdzie mogę się w spokoju zdrzemnąć, poczytać, odpocząć.
Czytanie... jest tyle fajnych książek I wreszcie znowu wróciłam do czytania, regularnego, najczęściej przed snem. Dobrze że szybko czytam, bo szybko też niestety zasypiam ;)
Terapia indywidualna idzie całkiem dobrze, kilka tematów mam ogarnietych i myślę, że jest poprawa w tych aspektach.Przynajmniej wiem, nad czym pracować.
Ptaki już wracają i coraz bardziej słychać ich śpiew - piękne po prostu.
Morsowanie w tym roku to okazja także do spotkania się ze świetnymi ludźmi, których coraz lepiej poznaję i bardzo dobrze się z nimi czuję. Dostaję od nich tyle pozytywnej energii, ciepła i serdecznosci, ze nie mieści się w głowie ;) Piotrek też ze mną często jeździ, chociaż oczywiście się nie kąpie, ale mi to nie przeszkadza. No i bycie nad morzem totalnie laduje moje akumulatory.
Chór i śpiewanie to jedna wielka przyjemność i satysfakcja :) Do tego częste bywanie w Centrum Kultury wiąże się też dosłownie z byciem w centrum kultury, dzięki różnym imprezom, fajna sprawa.
Dopełnieniem, bardzo istotnym, jest stabilizacja finansowa. Chwilowa, jak co roku o tej porze dostałam wlaśnie zwrot z podatku, a w krótce premię ;) Nie potrwa długo, ale bardzo cieszy :)
Mnóstwo rzeczy, spraw, powoduje, że jestem bardzo szczęsliwa. Nawet to, że w związku z awarią poprzedniego dostałam innego laptopa służbowego i jestem z niego zadowolona bardzo! Jest mniejszy, poręczniejszy i lżejszy, co nie jest bez znaczenia, kiedy zarzucam z nim plecak na rower.
I dzień robi się dłuższy. Bo, że jeszcze jest troche zimno kompletnie mi nie przeszkadza. Całą zimę jeżdżę na rowerze i w końcu jestem morsem :)
I można już wyjśc na rolki! To dobrze, bo za to na łyżwy już nie :)
wtorek, 12 sierpnia 2014
Święto
Dzisiaj miało miejsce oficjalne zakończenie mojej terapii grupowej. Jest to ustalony rytuał: osoba kończąca terapię pisze pracę, w której zawarte są jej przemyślenia na temat tego, co terapia jej dała, jakie zmiany zapoczątkowała, jakie były momenty przełomowe I jak jest teraz. Do tego jeszcze przynosi się cos na poczęstunek.
Zwyczajowo terapia grupowa trwa rok czasu - odnosząc się do tego powinnam zakończyć w czerwcu. Ale miałam poczucie, że jeszcze tyle mogę się dowiedzieć, nauczyć, że jeszcze tego tematu nie przerabiałam, a bym chciała itd. W efekcie skończyłam dzisiaj, ale przez ostatni miesiąc I tak nie miałam terapii, bo najpierw ja miałam urlop, a potem terapeutka. I jakoś przeżyłam ten miesiąc. A potem po terapii indywidualnej dotarło do mnie, że jestem już gotowa, żeby odejść. Wiem, nad czym musze nadal pracować i mogę to robić na indywidualnych spotkaniach. Zwłaszcza, że należałoby się teraz zająć głębszym chyba problemem, bo związanym z piciem mojego taty. Czyli jestem DDA, jednak.
Ale wracając do tematu, dzisiejszy dzień jest dla mnie świętem. Zakończyłam coś dla mnie bardzo ważnego, czuję się dumna i szczęsliwa, że idę dalej z tym, czego się dowiedziałam, że dokonała się we mnie przemiana, z której jestem zadowolona i którą chcę utrwalać. W drodze powrotnej z poradni miałam w sobie tyle energii i pozytywnego nastroju, że aż mnie rozpierało. I to uczucie trwa nadal, nikt mi nie zepsuł humoru ;) Teraz wiem, że sensownie jest zajmować się tym na co się ma wpływ, nie ma sensu szarpać się z resztą. Wiem czego chcę, a czego nie. Nie godzę się na to, czego nie chcę. Uczę się mówić o tym, co czuję, co mnie boli, co mi sie nie podoba. Wsłuchuję się w siebie, w to co jest gdzieś w środku i wydobywam to na zewnątrz, np. starając się być bardziej spontaniczna, otwarta.
Szkoda mi, że nie będę wiedziała, co tam dalej dzieje się u dziewczyn. Mam nadzieję, że nie stracę całkiem kontaktu z nimi. Jesteśmy sobie obce, ale rozmowy, które były naszym udziałem zbliżyły nas do siebie, w końcu nie z każdym rozmawia się o tak trudnych sprawach.
Mam nadzieję, że dalsza terapia indywidualna pomoże mi zrozumieć skąd się wzięły te wszystkie blokady, jakie odczuwam i będe je po kolei likwidować.
Zwyczajowo terapia grupowa trwa rok czasu - odnosząc się do tego powinnam zakończyć w czerwcu. Ale miałam poczucie, że jeszcze tyle mogę się dowiedzieć, nauczyć, że jeszcze tego tematu nie przerabiałam, a bym chciała itd. W efekcie skończyłam dzisiaj, ale przez ostatni miesiąc I tak nie miałam terapii, bo najpierw ja miałam urlop, a potem terapeutka. I jakoś przeżyłam ten miesiąc. A potem po terapii indywidualnej dotarło do mnie, że jestem już gotowa, żeby odejść. Wiem, nad czym musze nadal pracować i mogę to robić na indywidualnych spotkaniach. Zwłaszcza, że należałoby się teraz zająć głębszym chyba problemem, bo związanym z piciem mojego taty. Czyli jestem DDA, jednak.
Ale wracając do tematu, dzisiejszy dzień jest dla mnie świętem. Zakończyłam coś dla mnie bardzo ważnego, czuję się dumna i szczęsliwa, że idę dalej z tym, czego się dowiedziałam, że dokonała się we mnie przemiana, z której jestem zadowolona i którą chcę utrwalać. W drodze powrotnej z poradni miałam w sobie tyle energii i pozytywnego nastroju, że aż mnie rozpierało. I to uczucie trwa nadal, nikt mi nie zepsuł humoru ;) Teraz wiem, że sensownie jest zajmować się tym na co się ma wpływ, nie ma sensu szarpać się z resztą. Wiem czego chcę, a czego nie. Nie godzę się na to, czego nie chcę. Uczę się mówić o tym, co czuję, co mnie boli, co mi sie nie podoba. Wsłuchuję się w siebie, w to co jest gdzieś w środku i wydobywam to na zewnątrz, np. starając się być bardziej spontaniczna, otwarta.
Szkoda mi, że nie będę wiedziała, co tam dalej dzieje się u dziewczyn. Mam nadzieję, że nie stracę całkiem kontaktu z nimi. Jesteśmy sobie obce, ale rozmowy, które były naszym udziałem zbliżyły nas do siebie, w końcu nie z każdym rozmawia się o tak trudnych sprawach.
Mam nadzieję, że dalsza terapia indywidualna pomoże mi zrozumieć skąd się wzięły te wszystkie blokady, jakie odczuwam i będe je po kolei likwidować.
poniedziałek, 19 maja 2014
Nie wyjeżdżam do UK, mieli lepszych kandydatów ode mnie. Poczułam ulgę, bo:
Dzisiaj znowu nie zastosowałam się do porad z książki o tym, jak rozmawiać z nastolatkami. No ale tego się nie da po prostu z moim synem! W zeszłym tygodniu nie poszedł do szkoły bo pojechał składać papiery do miasta oddalonego o 30km. No to rozumiem. Ale że dzisiaj usprawiedliwił nie pójście do szkoły tym, że poszedł dowiedzieć się o rekrutację w szkole, która jest w tym samym mieście co jego gimnazjum, to tego nie pojmuję. W końcu wydusiłam z niego, że do szkoły nie poszedł tak naprawdę dlatego, bo nie nauczył się z geografii. A dlaczego się nie nauczył? Bo musiał iść na grilla. I zrobił to chociaż kazałam mu się iść uczyć. Także już z większą premedytacją tego zrobić nie było można. I jak tu niby spowodować, żeby się poczuł odpowiedzialny za to co robi? Ja nie wiem. Zatem zapowiedziałam mu że ma szlaban do końca roku szkolnego, czyli przez najbliższy miesiąc, skoro bez tego nie rozumie, że czas skończyć się opierdalać i wziąć się za naukę. Tak się zbulwersowałam, że masakra. I przez chwilę mi było niefajnie, że się tak uniosłam, ale już mi przeszło. Widocznie z nim się nie da inaczej. Próbowałam rozmawiać jak z dorastającym, myślącym człowiekiem. Efekt tego jest taki, że zmienił szkołę w ostatniej klasie gimnazjum, zjechał dramatycznie z ocenami w dół, tak samo z frekwencją i obawiam się, czy w ogóle zda. A jeśli zda, to czy się dostanie do jakiejś dobrej szkoły.
O tej szkole rozmawiałam z terapeutką. Bo martwię się, ze on chce iść do technikum mechanicznego, myśli o tym, żeby zostać mechanikiem. Przy tym jaki jest wpływowy, a to takie pijące środowisko, obawiałam się czy to dobry pomysł. Ale terapeutka mówi, że tak samo można znaleźć przeciwskazania do pracy w każdym zawodzie, nawet lekarze są narażeni na łatwy dostęp do środków farmakologicznych i mogą mieć problem z narkotykami. No coś w tym jest.
Piotrek zaczął chodzić na terapię. Był już dwa razy. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że najwyraźniej uznał, że jednak sam sobie z tym nie poradzi. Ale ja znowu się wypaliłam w tym wszystkim. Czuję się jak żółw, który siedzi w skorupie, bo co wystawi głowę, to obrywa. No to chowa się do środka i przestaje wychodzić. I wkurza mnie to. Chciałabym kochać i być kochana. Ale trudno mi znowu zaufać. Czy jest jeszcze taka możliwość, żebyśmy byli razem? Wydaje mi się, że nie.
Ale na razie nadal tu jestem, chociaż mam wrażenie że moje dni tutaj są policzone. Tak jak postanowiłam, nie kupuję niczego do domu. Ostatnio tylko klamki dzieciom do pokoi. I czekam. Zapytałam czy skończy tę garderobę czy mam kogoś poszukać, kto dokończy. Bo mam już dosyć biegania po wszystkich strychach żeby skompletować ubranie. Tak samo nie kupię rolet na okna dopóki nie zostaną pomalowane farbą, która stoi od zeszłego roku. Powiedział, ze zrobi to do końca miesiąca. Jest to fizycznie możliwe jak najbardziej. Nawet skończył kłaść panele w ten weekend. Ja pojechałam z Dominiką do mamy. Poszłyśmy na rolki, potem Dominika zaliczyła "Noc muzeów". I starałam się nie mieć wyrzutów sumienia z tego powodu. On się nie martwił, jak zostawiał mnie samą w domu bo się musiał napić.
Kupuję dzieciom ubrania bez kombinacji typu kopanie po lumpeksach i na allegro, żeby było taniej, bo nie zawsze się da, więc sobie odpuszczam. I mam zamiar jechać na urlop do Krakowa i na Śląsk. W dupie mam strychy, remonty czy schody. Jak chce to skończyć, to niech to robi z własnych funduszy. Nie oddaje mi wszystkich pieniędzy a jeszcze mówi, żebym mu na busa dała, jak na terapię miał jechać. Najlepiej, jakby się mógł samochodem wozić, hrabia! Ja od czerwca ub. roku zasuwałam busami i jakoś dałam radę. A jak potrafił zorganizować sobie kasę na picie to i na busa niech sobie zorganizuje. Nie dałam mu pieniędzy i jakoś dojechał.
Złośliwa jestem, czy co? Powinnam się cieszyć, że zaczął chodzić do poradni, hehe. A jakoś wcale nie mam ochoty mu tego ułatwiać.
Niedługo koniec cyklu mojej terapii grupowej. Trwa ona mniej więcej rok, a ja zaczęłam właśnie pod koniec czerwca. Czas pomyśleć poważnie o podsumowaniu tego roku, muszę napisać na koniec pracę, którą przeczytam wszystkim. Mam jeszcze trochę czasu...
A w pracy dowiedziałam się dzisiaj, że odchodzi osoba, bez której trudno mi sobie wyobrazić dalszą pracę. Jeszcze kilka takich sytuacji i naprawdę niewiele będzie mnie tu trzymało :( Na razie szykują się kolejne zmiany, co jest ciekawe i załamujące jednocześnie. Ciekawe, bo nowe obowiązki dochodzą, załamujące, bo pewnie przybędzie obowiązków. Trzeba się będzie dobrze zorganizować, żeby to ogarnąć.
- powróciłam do swojej comfort zone
- nie mogę sobie zarzucić, że nie spróbowałam
- nie jest mi tutaj źle ostatecznie.
Dzisiaj znowu nie zastosowałam się do porad z książki o tym, jak rozmawiać z nastolatkami. No ale tego się nie da po prostu z moim synem! W zeszłym tygodniu nie poszedł do szkoły bo pojechał składać papiery do miasta oddalonego o 30km. No to rozumiem. Ale że dzisiaj usprawiedliwił nie pójście do szkoły tym, że poszedł dowiedzieć się o rekrutację w szkole, która jest w tym samym mieście co jego gimnazjum, to tego nie pojmuję. W końcu wydusiłam z niego, że do szkoły nie poszedł tak naprawdę dlatego, bo nie nauczył się z geografii. A dlaczego się nie nauczył? Bo musiał iść na grilla. I zrobił to chociaż kazałam mu się iść uczyć. Także już z większą premedytacją tego zrobić nie było można. I jak tu niby spowodować, żeby się poczuł odpowiedzialny za to co robi? Ja nie wiem. Zatem zapowiedziałam mu że ma szlaban do końca roku szkolnego, czyli przez najbliższy miesiąc, skoro bez tego nie rozumie, że czas skończyć się opierdalać i wziąć się za naukę. Tak się zbulwersowałam, że masakra. I przez chwilę mi było niefajnie, że się tak uniosłam, ale już mi przeszło. Widocznie z nim się nie da inaczej. Próbowałam rozmawiać jak z dorastającym, myślącym człowiekiem. Efekt tego jest taki, że zmienił szkołę w ostatniej klasie gimnazjum, zjechał dramatycznie z ocenami w dół, tak samo z frekwencją i obawiam się, czy w ogóle zda. A jeśli zda, to czy się dostanie do jakiejś dobrej szkoły.
O tej szkole rozmawiałam z terapeutką. Bo martwię się, ze on chce iść do technikum mechanicznego, myśli o tym, żeby zostać mechanikiem. Przy tym jaki jest wpływowy, a to takie pijące środowisko, obawiałam się czy to dobry pomysł. Ale terapeutka mówi, że tak samo można znaleźć przeciwskazania do pracy w każdym zawodzie, nawet lekarze są narażeni na łatwy dostęp do środków farmakologicznych i mogą mieć problem z narkotykami. No coś w tym jest.
Piotrek zaczął chodzić na terapię. Był już dwa razy. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że najwyraźniej uznał, że jednak sam sobie z tym nie poradzi. Ale ja znowu się wypaliłam w tym wszystkim. Czuję się jak żółw, który siedzi w skorupie, bo co wystawi głowę, to obrywa. No to chowa się do środka i przestaje wychodzić. I wkurza mnie to. Chciałabym kochać i być kochana. Ale trudno mi znowu zaufać. Czy jest jeszcze taka możliwość, żebyśmy byli razem? Wydaje mi się, że nie.
Ale na razie nadal tu jestem, chociaż mam wrażenie że moje dni tutaj są policzone. Tak jak postanowiłam, nie kupuję niczego do domu. Ostatnio tylko klamki dzieciom do pokoi. I czekam. Zapytałam czy skończy tę garderobę czy mam kogoś poszukać, kto dokończy. Bo mam już dosyć biegania po wszystkich strychach żeby skompletować ubranie. Tak samo nie kupię rolet na okna dopóki nie zostaną pomalowane farbą, która stoi od zeszłego roku. Powiedział, ze zrobi to do końca miesiąca. Jest to fizycznie możliwe jak najbardziej. Nawet skończył kłaść panele w ten weekend. Ja pojechałam z Dominiką do mamy. Poszłyśmy na rolki, potem Dominika zaliczyła "Noc muzeów". I starałam się nie mieć wyrzutów sumienia z tego powodu. On się nie martwił, jak zostawiał mnie samą w domu bo się musiał napić.
Kupuję dzieciom ubrania bez kombinacji typu kopanie po lumpeksach i na allegro, żeby było taniej, bo nie zawsze się da, więc sobie odpuszczam. I mam zamiar jechać na urlop do Krakowa i na Śląsk. W dupie mam strychy, remonty czy schody. Jak chce to skończyć, to niech to robi z własnych funduszy. Nie oddaje mi wszystkich pieniędzy a jeszcze mówi, żebym mu na busa dała, jak na terapię miał jechać. Najlepiej, jakby się mógł samochodem wozić, hrabia! Ja od czerwca ub. roku zasuwałam busami i jakoś dałam radę. A jak potrafił zorganizować sobie kasę na picie to i na busa niech sobie zorganizuje. Nie dałam mu pieniędzy i jakoś dojechał.
Złośliwa jestem, czy co? Powinnam się cieszyć, że zaczął chodzić do poradni, hehe. A jakoś wcale nie mam ochoty mu tego ułatwiać.
Niedługo koniec cyklu mojej terapii grupowej. Trwa ona mniej więcej rok, a ja zaczęłam właśnie pod koniec czerwca. Czas pomyśleć poważnie o podsumowaniu tego roku, muszę napisać na koniec pracę, którą przeczytam wszystkim. Mam jeszcze trochę czasu...
A w pracy dowiedziałam się dzisiaj, że odchodzi osoba, bez której trudno mi sobie wyobrazić dalszą pracę. Jeszcze kilka takich sytuacji i naprawdę niewiele będzie mnie tu trzymało :( Na razie szykują się kolejne zmiany, co jest ciekawe i załamujące jednocześnie. Ciekawe, bo nowe obowiązki dochodzą, załamujące, bo pewnie przybędzie obowiązków. Trzeba się będzie dobrze zorganizować, żeby to ogarnąć.
poniedziałek, 28 kwietnia 2014
Wątpliwości jest mnóstwo, zwłaszcza, że moje podejrzenia się nie potwierdziły - Dominika nie miała większych oporów aby zaakceptować przedstawioną jej opcję. Pokazała zresztą całkiem rozsądne i dojrzałe podejście do tematu. Jasiek jest na "nie" - nie wyobraża sobie nauki w angielskiej szkole. Dylematy, dylematy...
Mogłabym zostawić Dominikę, aby skończyła gimnazjum, ale nie ma opcji, żebym zostawiła Jaska. Na razie - OMG! OMG! OMG! - złożyłam aplikację, żeby zobaczyć co z tego wyjdzie i w międzyczasie zdobyć więcej informacji o szkołach na miejscu. Gdyby powiodło mi się, a Jasiek nadal nie chciał wyjechać, to się wycofam. Tak sobie to ustaliłam w pracy.
Mogłabym zostawić Dominikę, aby skończyła gimnazjum, ale nie ma opcji, żebym zostawiła Jaska. Na razie - OMG! OMG! OMG! - złożyłam aplikację, żeby zobaczyć co z tego wyjdzie i w międzyczasie zdobyć więcej informacji o szkołach na miejscu. Gdyby powiodło mi się, a Jasiek nadal nie chciał wyjechać, to się wycofam. Tak sobie to ustaliłam w pracy.
piątek, 25 kwietnia 2014
OMG. OMG. OMG.
Dowiedziałam się dzisiaj, że mogę aplikować na stanowisko Client Service Managera w firmie w której pracuję, tylko że w jej angielskim oddziale!
Od tego momentu cały czas rozkminiam tę opcję. I mimo pierwotnego ataku paniczki, po namyśle widzę sporo plusów. Bo nie mogę podejść do tematu, że złożę sobie CV, w ramach zdobywania doświadczenia w rozmowach kwalifikacyjnych, ponieważ mam spore szanse żeby dostać to stanowisko. A wtedy wyjazd na stałe! Jedyne co budzi najwięcej obaw, to nastawienie Robaków. Muszę z nimi o tym porozmawiać. Nie wyobrażam sobie ich tu zostawić. A tam też otworzyłyby się dla nich nowe perspektywy. Jasiek kończy gimnazjum, więc nic nie stoi na przeszkodzie.
Sytuacja z Piotrkiem ma tu duże znaczenie. Gdyby były widoki, że weźmie się za siebie, to nie myślałabym o wyjeździe. Ale ostatnio odebrał mi kolejny raz złudzenia co do tego, że coś się zmieni. Więc ja miałabym szansę coś zmienić. Zdobyć nowe doświadczenia.
Ale muszę sobie wszystko dobrze przemyśleć.
Prawda jest taka, że naprawdę dobrze mi tutaj. Mam moje ścieżki rowerowe, niedaleko morze, chór, morsowanie, wielu przyjaciół. W pracy świetnych ludzi, z którymi się bardzo dobrze pracuje, na których można liczyć.
Obawy mam takie, że stanęłam w miejscu, że jestem w tej pracy już 6 lat i warto by rozwijać się dalej. Że jak nic nie zmienię, to za jakiś czas będzie trudno znaleźć dobrą pracę. Albo niech się coś stanie z firmą i wtedy będzie trzeba szukać czegoś innego. Ze będę musiała się martwić, czy mi starczy na wszystko kasy. Takie trochę obawy o przyszłość.
Tam mogę wyjechać bez obaw, że jadę w ciemno, bo znam ludzi z którymi bym pracowała. Znam specyfikę, wiem o co kaman. To bardzo komfortowa sytuacja, jak już stawać w obliczu takiej konieczności. A z nabytymi doświadczeniami można iść gdzieś dalej, z już chyba mniejszymi obawami, że nie znajdę czegoś lepszego.
Nie wiem, co dzieci powiedzą na to, ale ja chciałabym zaaplikować. Zabrałabym ze sobą Jaśka, Dominika może chciałaby skończyć gimnazjum tutaj...Ale potem miałaby też szersze możliwości.
Dowiedziałam się dzisiaj, że mogę aplikować na stanowisko Client Service Managera w firmie w której pracuję, tylko że w jej angielskim oddziale!
Od tego momentu cały czas rozkminiam tę opcję. I mimo pierwotnego ataku paniczki, po namyśle widzę sporo plusów. Bo nie mogę podejść do tematu, że złożę sobie CV, w ramach zdobywania doświadczenia w rozmowach kwalifikacyjnych, ponieważ mam spore szanse żeby dostać to stanowisko. A wtedy wyjazd na stałe! Jedyne co budzi najwięcej obaw, to nastawienie Robaków. Muszę z nimi o tym porozmawiać. Nie wyobrażam sobie ich tu zostawić. A tam też otworzyłyby się dla nich nowe perspektywy. Jasiek kończy gimnazjum, więc nic nie stoi na przeszkodzie.
Sytuacja z Piotrkiem ma tu duże znaczenie. Gdyby były widoki, że weźmie się za siebie, to nie myślałabym o wyjeździe. Ale ostatnio odebrał mi kolejny raz złudzenia co do tego, że coś się zmieni. Więc ja miałabym szansę coś zmienić. Zdobyć nowe doświadczenia.
Ale muszę sobie wszystko dobrze przemyśleć.
Prawda jest taka, że naprawdę dobrze mi tutaj. Mam moje ścieżki rowerowe, niedaleko morze, chór, morsowanie, wielu przyjaciół. W pracy świetnych ludzi, z którymi się bardzo dobrze pracuje, na których można liczyć.
Obawy mam takie, że stanęłam w miejscu, że jestem w tej pracy już 6 lat i warto by rozwijać się dalej. Że jak nic nie zmienię, to za jakiś czas będzie trudno znaleźć dobrą pracę. Albo niech się coś stanie z firmą i wtedy będzie trzeba szukać czegoś innego. Ze będę musiała się martwić, czy mi starczy na wszystko kasy. Takie trochę obawy o przyszłość.
Tam mogę wyjechać bez obaw, że jadę w ciemno, bo znam ludzi z którymi bym pracowała. Znam specyfikę, wiem o co kaman. To bardzo komfortowa sytuacja, jak już stawać w obliczu takiej konieczności. A z nabytymi doświadczeniami można iść gdzieś dalej, z już chyba mniejszymi obawami, że nie znajdę czegoś lepszego.
Nie wiem, co dzieci powiedzą na to, ale ja chciałabym zaaplikować. Zabrałabym ze sobą Jaśka, Dominika może chciałaby skończyć gimnazjum tutaj...Ale potem miałaby też szersze możliwości.
wtorek, 8 kwietnia 2014
Takie mi dzisiaj luźne myśli chodzą po głowie, mam wrażenie, ze dość ważne i czuję potrzebę ich spisania.
Ostatnio w pracy wspieramy grupę osób rzucających palenie, dodatkowo są też grupy walczące z kilogramami - ot, każdy chce trochę pozbyć się swoich nałogów. Zaczynając zebranie czasem dla żartów witamy się jak na spotkaniu AA: "jestem Paweł i mam problem z paleniem/piciem", itp. I dzisiaj moja koleżanka stwierdziła, że ona nie ma żadnego nałogu, bo kiedy czuje, że coś mogłoby ją pochłonąć za bardzo, to natychmiast przestaje się tym zajmować. Powiedziała, że to chyba wynika z lekkiej obsesji, żeby nie wpaść w żaden nałóg, ale ponieważ sama tak nie potrafię, to podziwiam.
A ja ? Mam na imię Ania, mam męża alkoholika i jestem współuzależniona. A poza tym jestem uzależniona od słodyczy i facebooka.
Miałam kilka dni urlopu, już trzy tygodnie temu. Pojechałam na cztery dni do mamy. W tym czasie jednego dnia nie mogłam dodzwonić się do Piotrka, a miałam ważną sprawę, gdyż w ostatniej chwili dowiedziałam się że u Dominiki w szkole jest zebranie i chciałam żeby poszedł. Zanim jeszcze wróciłam od mamy dowiedziałam się, że nie było go cały dzień w domu i wrócił pijany. A nie pił od listopada. No cóż. Zrobiło mi się przykro, tak mi się wydawało. Po dwóch spotkaniach terapeutycznych, indywidualnym i grupowym dochodzę do wniosku, że to było coś więcej. Ze dałam się wmanewrować alkoholikowi w jego wyobrażenie, że ma wszystko pod kontrolą Ponadto sam w rozmowie stwierdził, że przecież on nie ma problemu, a że się napił, to co z tego, przecież nie pił 5 miesięcy! To najlepiej pokazuje jakie ma podejście. I pokazuje mi, że jednak uwierzyłam, że może mu się uda bez terapii.
Mam za zadanie zastanowić się co jest dla mnie ważne. To się nazywa ustalaniem granic. 9 miesięcy terapii, a ja się czuję jakbym niczego się nie nauczyła. Powiedziałam dzisiaj, że mam wrażenie że się uwsteczniam wręcz. Ale dziewczyny dodały mi otuchy, mówiąc że powinnam się cieszyć, bo może wreszcie mi spadły ostatnie łuski z oczu. Mi się już wydawało, że jestem taka zaawansowana. Ale to prawda co mówią, że tak jak zdarzają się nawroty w alkoholizmie, tak i zdarzają się nawroty we współuzależnieniu, polegające na powrocie do starych schematów.
Drugie zadanie domowe, to określić swoje potrzeby i zacząć realizować chociaż trzy z nich. Jadąc do domu zastanawiałam się nad tym. Przez te wszystkie lata zaspokajałam swoje potrzeby w minimalnym stopniu, spychałam je tak jak uczucia, na bardzo daleki plan. Czas zacząć dbać o swoje potrzeby. Pierwsza i najważniejsza, to potrzeba poczucia bezpieczeństwa. Kiedyś, dawno temu dawał mi ją Piotrek. Teraz czuję się bezpiecznie, gdy wiem, że mi starczy pieniędzy do wypłaty. Dlatego po tym jak na konto wpłynęła mi roczna premia bardzo dokładnie zaplanowałam na co ją wydam. Przede wszystkim spłacę debet i zostawię sobie trochę pieniędzy na wszelki wypadek. Planuję założyć sobie osobne konto na takie małe oszczędności. Ponadto chciałam wybrać się do lekarza, zająć się swoimi żylakami no i kupić sobie coś do ubrania, bo chodzę albo w starych szmatach, a jeśli mam coś "nowego" to z lumpeksu. Ale i tak moje plany zaczęły się zmieniać bo tu listwy potrzebne, umywalka do łazienki, lampy do pokoju, klamki do drzwi dzieci i rolety dla nich na okna. I stolik i stół i narożnik... Wizja leczenia żylaków i zakupu nowych ubrań zaczęła odpływać w dal, a mi wróciło niefajne samopoczucie, jakbym była wykorzystywana, czy coś w tym stylu. Chyba dzisiejsza terapia mnie trochę ocuciła. Zamówiłam narożnik, kupię klamki i rolety. I to wszystko. Reszta poczeka. Zwłaszcza, że pomimo iż wszystko co potrzeba jest kupione w dalszym ciągu nie jest zrobiona garderoba, nie jest zamontowany prysznic w łazience. Kran w łazience teściów się popsuł, nowy został kupiony w lutym, ale jeszcze nie dostąpił zaszczytu bycia zamontowanym! Dlaczego stale to mi ma bardziej zależeć?
Co mnie jeszcze wkurza? Że moja rodzina bardzo rzadko poczuwa się do pomocy w sprzątaniu i wszystko jest na mojej głowie. I w tym przypadku, tak jak i w opisanym wyżej zachodzi u mnie ten sam mechanizm: przesadna chęć kontrolowania wszystkiego i przerośnięte poczucie obowiązku. Piotrek mi raczej nie narzuca co mamy kupić, a jeszcze tym bardziej mi nie broni żebym sobie coś kupowała, wręcz to pochwala. To ja sama sobie żałuję, bo mam poczucie świadomości ile jeszcze jest innych wydatków. Zresztą z jego strony to czasem nieświadomie obłudne było, bo nie bronił mi kupować czegoś sobie, ale nie przykładał się do budżetu w zimowe miesiące, nie kombinował co zrobić, żeby starczyło do wypłaty, itp. Byłam z tym sama i niczego z tym nie robiłam, bo uważałam, że nikt poza mną tego nie ogarnie, muszę sobie sama poradzić. I ta samokrytyka, jaka to jestem beznadziejna w zarządzaniu budżetem domowym. A jeśli chodzi o sprzątanie, to co by się stało, jeśli te ciuchy brudne nie zostaną przeze mnie zaniesione do kosza na bieliznę? Albo co z tego, że pokój czy łazienka nie będą sprzątnięte? Dlaczego tylko mi to przeszkadza?
Mam problem jak postępować, żeby nie zachowywać się jak typowa współuzależniona osoba. Jednak jestem tępa, jeśli chodzi o przyswajanie tej wiedzy. Nie powinnam zresztą tak o sobie mówić ;)
Tak czy inaczej postanowiłam, że kupię te niezbędne rzeczy, a co do reszty to zrobię to co wcześniej planowałam. Wybiorę się z nogą do lekarza. Kupię sobie coś nowego. Odłożę na konto trochę pieniędzy, żebym nie musiała zaraz znowu od kogoś pożyczać. Powinnam się zająć sobą.
Ostatnio w pracy wspieramy grupę osób rzucających palenie, dodatkowo są też grupy walczące z kilogramami - ot, każdy chce trochę pozbyć się swoich nałogów. Zaczynając zebranie czasem dla żartów witamy się jak na spotkaniu AA: "jestem Paweł i mam problem z paleniem/piciem", itp. I dzisiaj moja koleżanka stwierdziła, że ona nie ma żadnego nałogu, bo kiedy czuje, że coś mogłoby ją pochłonąć za bardzo, to natychmiast przestaje się tym zajmować. Powiedziała, że to chyba wynika z lekkiej obsesji, żeby nie wpaść w żaden nałóg, ale ponieważ sama tak nie potrafię, to podziwiam.
A ja ? Mam na imię Ania, mam męża alkoholika i jestem współuzależniona. A poza tym jestem uzależniona od słodyczy i facebooka.
Miałam kilka dni urlopu, już trzy tygodnie temu. Pojechałam na cztery dni do mamy. W tym czasie jednego dnia nie mogłam dodzwonić się do Piotrka, a miałam ważną sprawę, gdyż w ostatniej chwili dowiedziałam się że u Dominiki w szkole jest zebranie i chciałam żeby poszedł. Zanim jeszcze wróciłam od mamy dowiedziałam się, że nie było go cały dzień w domu i wrócił pijany. A nie pił od listopada. No cóż. Zrobiło mi się przykro, tak mi się wydawało. Po dwóch spotkaniach terapeutycznych, indywidualnym i grupowym dochodzę do wniosku, że to było coś więcej. Ze dałam się wmanewrować alkoholikowi w jego wyobrażenie, że ma wszystko pod kontrolą Ponadto sam w rozmowie stwierdził, że przecież on nie ma problemu, a że się napił, to co z tego, przecież nie pił 5 miesięcy! To najlepiej pokazuje jakie ma podejście. I pokazuje mi, że jednak uwierzyłam, że może mu się uda bez terapii.
Mam za zadanie zastanowić się co jest dla mnie ważne. To się nazywa ustalaniem granic. 9 miesięcy terapii, a ja się czuję jakbym niczego się nie nauczyła. Powiedziałam dzisiaj, że mam wrażenie że się uwsteczniam wręcz. Ale dziewczyny dodały mi otuchy, mówiąc że powinnam się cieszyć, bo może wreszcie mi spadły ostatnie łuski z oczu. Mi się już wydawało, że jestem taka zaawansowana. Ale to prawda co mówią, że tak jak zdarzają się nawroty w alkoholizmie, tak i zdarzają się nawroty we współuzależnieniu, polegające na powrocie do starych schematów.
Drugie zadanie domowe, to określić swoje potrzeby i zacząć realizować chociaż trzy z nich. Jadąc do domu zastanawiałam się nad tym. Przez te wszystkie lata zaspokajałam swoje potrzeby w minimalnym stopniu, spychałam je tak jak uczucia, na bardzo daleki plan. Czas zacząć dbać o swoje potrzeby. Pierwsza i najważniejsza, to potrzeba poczucia bezpieczeństwa. Kiedyś, dawno temu dawał mi ją Piotrek. Teraz czuję się bezpiecznie, gdy wiem, że mi starczy pieniędzy do wypłaty. Dlatego po tym jak na konto wpłynęła mi roczna premia bardzo dokładnie zaplanowałam na co ją wydam. Przede wszystkim spłacę debet i zostawię sobie trochę pieniędzy na wszelki wypadek. Planuję założyć sobie osobne konto na takie małe oszczędności. Ponadto chciałam wybrać się do lekarza, zająć się swoimi żylakami no i kupić sobie coś do ubrania, bo chodzę albo w starych szmatach, a jeśli mam coś "nowego" to z lumpeksu. Ale i tak moje plany zaczęły się zmieniać bo tu listwy potrzebne, umywalka do łazienki, lampy do pokoju, klamki do drzwi dzieci i rolety dla nich na okna. I stolik i stół i narożnik... Wizja leczenia żylaków i zakupu nowych ubrań zaczęła odpływać w dal, a mi wróciło niefajne samopoczucie, jakbym była wykorzystywana, czy coś w tym stylu. Chyba dzisiejsza terapia mnie trochę ocuciła. Zamówiłam narożnik, kupię klamki i rolety. I to wszystko. Reszta poczeka. Zwłaszcza, że pomimo iż wszystko co potrzeba jest kupione w dalszym ciągu nie jest zrobiona garderoba, nie jest zamontowany prysznic w łazience. Kran w łazience teściów się popsuł, nowy został kupiony w lutym, ale jeszcze nie dostąpił zaszczytu bycia zamontowanym! Dlaczego stale to mi ma bardziej zależeć?
Co mnie jeszcze wkurza? Że moja rodzina bardzo rzadko poczuwa się do pomocy w sprzątaniu i wszystko jest na mojej głowie. I w tym przypadku, tak jak i w opisanym wyżej zachodzi u mnie ten sam mechanizm: przesadna chęć kontrolowania wszystkiego i przerośnięte poczucie obowiązku. Piotrek mi raczej nie narzuca co mamy kupić, a jeszcze tym bardziej mi nie broni żebym sobie coś kupowała, wręcz to pochwala. To ja sama sobie żałuję, bo mam poczucie świadomości ile jeszcze jest innych wydatków. Zresztą z jego strony to czasem nieświadomie obłudne było, bo nie bronił mi kupować czegoś sobie, ale nie przykładał się do budżetu w zimowe miesiące, nie kombinował co zrobić, żeby starczyło do wypłaty, itp. Byłam z tym sama i niczego z tym nie robiłam, bo uważałam, że nikt poza mną tego nie ogarnie, muszę sobie sama poradzić. I ta samokrytyka, jaka to jestem beznadziejna w zarządzaniu budżetem domowym. A jeśli chodzi o sprzątanie, to co by się stało, jeśli te ciuchy brudne nie zostaną przeze mnie zaniesione do kosza na bieliznę? Albo co z tego, że pokój czy łazienka nie będą sprzątnięte? Dlaczego tylko mi to przeszkadza?
Mam problem jak postępować, żeby nie zachowywać się jak typowa współuzależniona osoba. Jednak jestem tępa, jeśli chodzi o przyswajanie tej wiedzy. Nie powinnam zresztą tak o sobie mówić ;)
Tak czy inaczej postanowiłam, że kupię te niezbędne rzeczy, a co do reszty to zrobię to co wcześniej planowałam. Wybiorę się z nogą do lekarza. Kupię sobie coś nowego. Odłożę na konto trochę pieniędzy, żebym nie musiała zaraz znowu od kogoś pożyczać. Powinnam się zająć sobą.
piątek, 7 lutego 2014
Jak miałam 13 lat, w wypadku samochodowym spowodowanym przez pijanego kierowcę - kolegę, zginął mój tato. Moja mama miała 33 lata. Tato był rybakiem, często go nie było w domu i mama była przyzwyczajona, że musi radzić sobie sama. Nie było łatwo, ale była twarda i dała radę.
4 lata później poznała pana, rozwodnika, z którym przypadli sobie do gustu. Cieszyłam się, że nie będzie już sama. Po jakimś czasie zamieszkali razem, mama wyprowadziła się do niego. Po 10 latach wzięli ślub, w tym roku obchodziliby 10 rocznicę. Obchodziliby. We wtorek 28-go stycznia mama zadzwoniła, że Rysiek nie żyje.
Tym razem jest trudniej. Oni prawie wszystko robili razem, wszędzie razem jeździli. Do tego Rysiek zajmował się ich finansami, robił opłaty. Mama została z tym sama. Fakt, ze nie zupełnie sama, bo ma mnie, jeszcze kilka osób z rodziny Ryśka, bardzo życzliwych. Ale w domu została sama, z psem, który ma swoje lata i już mocno podupadł na zdrowiu. (Jak jeszcze on zdechnie, to będzie już kompletna katastrofa). Jakoś sobie radzi. Ale bardzo go jej brakuje i będzie się musiała do tego przyzwyczaić.
Zostałam u mamy tak długo jak mogłam. Chciałam, żeby po pogrzebie zaczęła dochodzić do siebie, żeby pomału wzięła się w garść. Przejrzałyśmy papiery, żeby zobaczyć jaka jest sytuacja, a wesoła nie jest. Jest mieszkanie własnościowe, samochód, działka rekreacyjna ale i kilka kredytów, w tym tylko jeden ubezpieczony, do tego dwójka dzieci Ryśka z poprzedniego małżeństwa, z prawem do spadku, hahahahaha! Śmieszy mnie to prawo, ale cóż. W całym okresie wspólnego życia mama z Ryśkiem dorabiali się SAMI. Rysiek jak poznał mamę był rozwiedziony od 13 lat.
Jestem wdzięczna mężowi mojej przyjaciółki, prawnikowi, że przyjechał i pomógł ogarnąć sytuację. I że nadal jest gotowy pomóc i doradzić. Bo dzieci Ryśka zdecydowały się przyjąć spadek. W tej sytuacji dziedziczą też kredyty, ale nawet mimo tego coś się im będzie należało. No ale na razie jeszcze dokładnie nie wiemy jak to wyjdzie.
Staram się jeździć do mamy jak tylko mam czas. Teraz na przykład mamy 3 wolne piątki pod rząd, z racji na soboty, w które pracowaliśmy w styczniu. Dzisiaj miałam plan, żeby wstać rano, posprzątać trochę i umyć okna, bo strasznie brudne są, ale od rana padało. Jak już nie wstałam wcześnie, to ostatecznie pospałam dłużej i pożytek z tego wszystkiego jest taki, że się wyspałam. Jutro ma nie padać to może umyję te okna i zrobię obiad na dwa dni. Wtedy w niedzielę pojechałabym do mamy. Ale też jeszcze nie wiem jak to będzie, bo teściowa ma wrócić ze szpitala na dniach. Ma początki miażdżycy i bolała ją noga, okazało się, ze to problemy z drożnością tętnic. Musieli wstawić jej stenty.
Miałam też mieć urlop za tydzień, ale już wiem, że go w tym terminie nie dostanę, może tydzień później.
I generalnie na razie wszystko mnie mniej cieszy. W ten weekend są 5-te urodziny mojego klubu morsów, ale pojadę tylko na samą kąpiel w niedzielę, o ile pojadę. Za tydzień zlot morsów w Mielnie, chciałam pojechać z Piotrkiem w sobotę i zostać tam na noc, spędzić trochę czasu inaczej, ale nie wiem jak to będzie.
No cóż, na pewne sprawy czasem nie mamy wpływu, trzeba się dostosować do sytuacji.
4 lata później poznała pana, rozwodnika, z którym przypadli sobie do gustu. Cieszyłam się, że nie będzie już sama. Po jakimś czasie zamieszkali razem, mama wyprowadziła się do niego. Po 10 latach wzięli ślub, w tym roku obchodziliby 10 rocznicę. Obchodziliby. We wtorek 28-go stycznia mama zadzwoniła, że Rysiek nie żyje.
Tym razem jest trudniej. Oni prawie wszystko robili razem, wszędzie razem jeździli. Do tego Rysiek zajmował się ich finansami, robił opłaty. Mama została z tym sama. Fakt, ze nie zupełnie sama, bo ma mnie, jeszcze kilka osób z rodziny Ryśka, bardzo życzliwych. Ale w domu została sama, z psem, który ma swoje lata i już mocno podupadł na zdrowiu. (Jak jeszcze on zdechnie, to będzie już kompletna katastrofa). Jakoś sobie radzi. Ale bardzo go jej brakuje i będzie się musiała do tego przyzwyczaić.
Zostałam u mamy tak długo jak mogłam. Chciałam, żeby po pogrzebie zaczęła dochodzić do siebie, żeby pomału wzięła się w garść. Przejrzałyśmy papiery, żeby zobaczyć jaka jest sytuacja, a wesoła nie jest. Jest mieszkanie własnościowe, samochód, działka rekreacyjna ale i kilka kredytów, w tym tylko jeden ubezpieczony, do tego dwójka dzieci Ryśka z poprzedniego małżeństwa, z prawem do spadku, hahahahaha! Śmieszy mnie to prawo, ale cóż. W całym okresie wspólnego życia mama z Ryśkiem dorabiali się SAMI. Rysiek jak poznał mamę był rozwiedziony od 13 lat.
Jestem wdzięczna mężowi mojej przyjaciółki, prawnikowi, że przyjechał i pomógł ogarnąć sytuację. I że nadal jest gotowy pomóc i doradzić. Bo dzieci Ryśka zdecydowały się przyjąć spadek. W tej sytuacji dziedziczą też kredyty, ale nawet mimo tego coś się im będzie należało. No ale na razie jeszcze dokładnie nie wiemy jak to wyjdzie.
Staram się jeździć do mamy jak tylko mam czas. Teraz na przykład mamy 3 wolne piątki pod rząd, z racji na soboty, w które pracowaliśmy w styczniu. Dzisiaj miałam plan, żeby wstać rano, posprzątać trochę i umyć okna, bo strasznie brudne są, ale od rana padało. Jak już nie wstałam wcześnie, to ostatecznie pospałam dłużej i pożytek z tego wszystkiego jest taki, że się wyspałam. Jutro ma nie padać to może umyję te okna i zrobię obiad na dwa dni. Wtedy w niedzielę pojechałabym do mamy. Ale też jeszcze nie wiem jak to będzie, bo teściowa ma wrócić ze szpitala na dniach. Ma początki miażdżycy i bolała ją noga, okazało się, ze to problemy z drożnością tętnic. Musieli wstawić jej stenty.
Miałam też mieć urlop za tydzień, ale już wiem, że go w tym terminie nie dostanę, może tydzień później.
I generalnie na razie wszystko mnie mniej cieszy. W ten weekend są 5-te urodziny mojego klubu morsów, ale pojadę tylko na samą kąpiel w niedzielę, o ile pojadę. Za tydzień zlot morsów w Mielnie, chciałam pojechać z Piotrkiem w sobotę i zostać tam na noc, spędzić trochę czasu inaczej, ale nie wiem jak to będzie.
No cóż, na pewne sprawy czasem nie mamy wpływu, trzeba się dostosować do sytuacji.
czwartek, 16 stycznia 2014
Ostatnie zebranie w szkole u Jaśka pokazało, że nasze rozmowy przed jego przejściem do innego gimnazjum, to było jedno, a rzeczywistość jaka ma miejsce, to drugie. I jedno z drugim się nie pokrywa. Musiałby się ostro wziąć do pracy, żeby uniknąć dwóch jedynek (polski i historia) na półrocze, miernych wychodzi mu chyba pięć. Umowa była taka, że nie będzie miernych w ogóle, o jedynkach nie wspominając. W kwestii palenia papierosów też się nie wywiązał. Nawet nie przeszło mi przez myśl, że nie chodzi na treningi, dla których przecież odbyło się to całe zamieszanie z przeniesieniem, ale coś mnie tknęło i wybrałam się porozmawiać z trenerem. No i tu się myliłam, myśląc, że chociaż na tym polu coś się dzieje. Także wszystko wskazuje na to, że zgodnie z umową, którą zresztą Jasiek podpisał, po wystawieniu ocen na półrocze zabieram go z internatu i kończy tę szkołę dojeżdżając. Treningi pewnie wtedy całkiem sobie odpuści, ale nie mogę mieć z tego powodu wyrzutów sumienia, skoro on je sobie odpuścił już wcześniej. Teraz widzę, jak dobrze, że spisałam moje warunki wtedy we wrześniu. Mamy przynajmniej jasną sytuację. Tak myślę. Muszę być konsekwentna, po prostu nie mam wyjścia.
Piotrek nie pije ok. 2 miesiące. Ale na terapię nadal nie poszedł, bo uważa, że na razie nie jest mu potrzebna. Ja tam na swoją chodzę, wczoraj miałam pierwsze spotkanie z inną terapeutką. Poprosiła żebym jej powiedziała o sobie, o tym jakie zmiany we mnie zaszły odkąd jestem na terapii. Miałam okazje zrobić sobie małe podsumowanie. Powiedziałam jej z czym mam nadal problem. Dziwne jak czasem proste pytania mogą być trudne, gdy okazuje się, że odpowiedzi na nie nie są takie oczywiste, a te prawdziwe są bolesne.
Jestem od dzisiaj oficjalnie właścicielką samochodu. Nic się nie zmienia w kwestiach użytkowania, nadal jeździmy z Piotrkiem nim oboje, zależnie kiedy kto potrzebuje, on zajmuje się naprawami i sprawami technicznymi , ale fakt, że jestem na papierze i w dowodzie rejestracyjnym coś zmienia w moim myśleniu :) Fajne uczucie. Mam szczęscie, że znalazłam towarzystwo ubezpieczeniowe, które nie puściło mnie z torbami, bo normalnie nie ma szans na 60% zniżki, jaką ma już Piotrek z racji na wiele lat stażu. A tu proszę bardzo, z tych samych powodów, dla których inni zniżek nie dają, HDI robi odwrotnie. Aż nie mogłam uwierzyć. Ale i tak mnie nie już nie stać na paliwo w tym miesiącu po tych wszystkich wydatkach: przerejestrowanie, ubezpieczenie ;) Muszę też trochę przyznać, że przyzwyczaiłam się trochę do wygody bycia pasażerem, jadąc do pracy z kolezanką czy busem. Ma to swoje plusy i na pewno nie przesiądę się zupełnie na swoje auto z tego właśnie powodu i ze względu na to, że jak gdzieś jadę sama, to mi się po prostu nie opłaca. Zresztą mam nadzieję, że jeszcze 3-4 miesiące i wsiadam na rower. A samochód oczywiście się przyda i nie będzie się już trzeba prosić :) A jaki samochód? Jak od mamy to tylko mercedes benz ;)
Weszłam w posiadanie superowych rolek. Dzisiaj je wziełam do pracy na probę, bo po naszej hali jeździ się rewelacyjnie. Chciałam sprawdzić, czy ogarnę te rolki no i powinno być ok. Muszę sobie tylko jeszcze nabyć ochraniacze. A rolki są od forumowej koleżanki z Klubu Matek Wyrodnych, zgodziła się poczekać na kasę. Rolki są bardzo dobrej firmy, jak nowe i idealnie na mnie pasują. Najważniejsze, że odpadł mi cały ceremoniał wyszukiwania i podejmowania decyzji co wybrać, co przy aktualnym asortymencie jest dla mnie zawsze gehenną ;)
Piotrek nie pije ok. 2 miesiące. Ale na terapię nadal nie poszedł, bo uważa, że na razie nie jest mu potrzebna. Ja tam na swoją chodzę, wczoraj miałam pierwsze spotkanie z inną terapeutką. Poprosiła żebym jej powiedziała o sobie, o tym jakie zmiany we mnie zaszły odkąd jestem na terapii. Miałam okazje zrobić sobie małe podsumowanie. Powiedziałam jej z czym mam nadal problem. Dziwne jak czasem proste pytania mogą być trudne, gdy okazuje się, że odpowiedzi na nie nie są takie oczywiste, a te prawdziwe są bolesne.
Jestem od dzisiaj oficjalnie właścicielką samochodu. Nic się nie zmienia w kwestiach użytkowania, nadal jeździmy z Piotrkiem nim oboje, zależnie kiedy kto potrzebuje, on zajmuje się naprawami i sprawami technicznymi , ale fakt, że jestem na papierze i w dowodzie rejestracyjnym coś zmienia w moim myśleniu :) Fajne uczucie. Mam szczęscie, że znalazłam towarzystwo ubezpieczeniowe, które nie puściło mnie z torbami, bo normalnie nie ma szans na 60% zniżki, jaką ma już Piotrek z racji na wiele lat stażu. A tu proszę bardzo, z tych samych powodów, dla których inni zniżek nie dają, HDI robi odwrotnie. Aż nie mogłam uwierzyć. Ale i tak mnie nie już nie stać na paliwo w tym miesiącu po tych wszystkich wydatkach: przerejestrowanie, ubezpieczenie ;) Muszę też trochę przyznać, że przyzwyczaiłam się trochę do wygody bycia pasażerem, jadąc do pracy z kolezanką czy busem. Ma to swoje plusy i na pewno nie przesiądę się zupełnie na swoje auto z tego właśnie powodu i ze względu na to, że jak gdzieś jadę sama, to mi się po prostu nie opłaca. Zresztą mam nadzieję, że jeszcze 3-4 miesiące i wsiadam na rower. A samochód oczywiście się przyda i nie będzie się już trzeba prosić :) A jaki samochód? Jak od mamy to tylko mercedes benz ;)
Weszłam w posiadanie superowych rolek. Dzisiaj je wziełam do pracy na probę, bo po naszej hali jeździ się rewelacyjnie. Chciałam sprawdzić, czy ogarnę te rolki no i powinno być ok. Muszę sobie tylko jeszcze nabyć ochraniacze. A rolki są od forumowej koleżanki z Klubu Matek Wyrodnych, zgodziła się poczekać na kasę. Rolki są bardzo dobrej firmy, jak nowe i idealnie na mnie pasują. Najważniejsze, że odpadł mi cały ceremoniał wyszukiwania i podejmowania decyzji co wybrać, co przy aktualnym asortymencie jest dla mnie zawsze gehenną ;)
poniedziałek, 6 stycznia 2014
Festiwal Morsowania
Miniony weekend spędziłam w kurorcie codziennie kąpiąc się w morzu, jeżdżąc na rowerze i na... łyżwach :) Niezłe zestawienie - udało mi się podczas tych trzech dni robić moje ulubione rzeczy i dlatego pierwszy weekend roku zaliczam do zdecydowanie fantastycznych! Umożliwiła mi to pogoda, która wciąż nie jest typowo zimowa, do tego było słonecznie. Główny powód mojej wyprawy to II Festiwal Morsowania i próba bicia rekordu Guinnessa. Ponadto nie bez znaczenia jest fakt, że to właśnie na tym festiwalu rok temu kąpałam się pierwszy raz!
W piątek rano przyjechaliśmy: ja i rower. Na początek szybki wypad nad morze:
Przez cały dzień brałam udział w konferencji na temat wpływu morsowania na organizm, bo ciągle nie wiem za wiele w tych tematach i ciekawiły mnie proponowane referaty. Do tego można było posłuchać co do powiedzenia miał gość specjalny festiwalu - Wim Hof "Iceman" - niesamowity gość.
O 18 poszliśmy na plażę i pierwszy raz morsowałam po zmierzchu! Wieczorem integracja klubowa i spanko u mamy.
W sobotę zaplanowałam dzień na sportowo. Sam przejazd od mamy nad morze rowerem zajmował mi pół godziny - to dalej niż mam z domu do pracy... W południe kąpiel, a potem wybrałam się na łyżwy. Daaaawno nie jeździłam, mam nadzieję, że w tym sezonie nadrobię.
A wieczorem miał miejsce Bal Morsów. To co mi się przede wszystkim podobało, to to że byliśmy w strojach klubowych i można było się bawić na luzie. Wybawiłam się na maksa, ale też bez z myślą, żeby nie przesadzić bo następnego dnia główny punkt programu; bicie rekordu Guinessa w jednoczesnym wejściu do wody. Morsy potrafią się świetnie bawić.
Przyjechało mnóstwo klubów z Polski i zagranicy. Najpierw parada po promenadzie i prezentacja klubów, a potem wejście do tzw. strefy bicia rekordu.
Elvisy też morsują :)
Rekord z 2010, kiedy w Mielnie kąpało się jednocześnie 1054 osoby został pobity - czekamy na oficjalne potwierdzenie. Do wody weszło ok. 1300 osób.
Potem jeszcze degustacja zupy łososiowej i trzeba było wracać do domu, chociaż festiwal trwał do dzisiaj, ponieważ dzisiaj razem z chórem mieliśmy wyjazd na koncert do Szczecina.
I tak oto miałam cztery dni wolne i ani jednego nie spędziłam w całości w domu ;) Jestem trochę zmęczona fizycznie, ale psychicznie odpoczęłam i naprawdę nie myślałam o pracy. Tak jak kazał szef, dając mi urlop ;)
W piątek rano przyjechaliśmy: ja i rower. Na początek szybki wypad nad morze:
Przez cały dzień brałam udział w konferencji na temat wpływu morsowania na organizm, bo ciągle nie wiem za wiele w tych tematach i ciekawiły mnie proponowane referaty. Do tego można było posłuchać co do powiedzenia miał gość specjalny festiwalu - Wim Hof "Iceman" - niesamowity gość.
O 18 poszliśmy na plażę i pierwszy raz morsowałam po zmierzchu! Wieczorem integracja klubowa i spanko u mamy.
W sobotę zaplanowałam dzień na sportowo. Sam przejazd od mamy nad morze rowerem zajmował mi pół godziny - to dalej niż mam z domu do pracy... W południe kąpiel, a potem wybrałam się na łyżwy. Daaaawno nie jeździłam, mam nadzieję, że w tym sezonie nadrobię.
A wieczorem miał miejsce Bal Morsów. To co mi się przede wszystkim podobało, to to że byliśmy w strojach klubowych i można było się bawić na luzie. Wybawiłam się na maksa, ale też bez z myślą, żeby nie przesadzić bo następnego dnia główny punkt programu; bicie rekordu Guinessa w jednoczesnym wejściu do wody. Morsy potrafią się świetnie bawić.
Przyjechało mnóstwo klubów z Polski i zagranicy. Najpierw parada po promenadzie i prezentacja klubów, a potem wejście do tzw. strefy bicia rekordu.
Elvisy też morsują :)
Rekord z 2010, kiedy w Mielnie kąpało się jednocześnie 1054 osoby został pobity - czekamy na oficjalne potwierdzenie. Do wody weszło ok. 1300 osób.
Potem jeszcze degustacja zupy łososiowej i trzeba było wracać do domu, chociaż festiwal trwał do dzisiaj, ponieważ dzisiaj razem z chórem mieliśmy wyjazd na koncert do Szczecina.
I tak oto miałam cztery dni wolne i ani jednego nie spędziłam w całości w domu ;) Jestem trochę zmęczona fizycznie, ale psychicznie odpoczęłam i naprawdę nie myślałam o pracy. Tak jak kazał szef, dając mi urlop ;)
środa, 25 grudnia 2013
święta
Święta są wyjątkowe trochę w tym roku. Po pierwsze dlatego, że na "swoich śmieciach". A ponieważ aneks kuchenny jest aneksem kuchennym tylko z nazwy i na planach więc można było to miejsce zagospodarować choinką, czego się domagałam już dawno, ale doczekałam dopiero w niedzielę. Jednakże warto było czekać:
Ika stwierdziła, że przed ubraniem wyglądała lepiej, no cóż... Fakt, że koncepcji na ubranie choinki nie miałam jakoś, wszystko w pośpiechu, w pracy nadgodziny, gdyby nie to że teściowa robi święta, to ciężko by było. Ale następna wigilia będzie u nas i nadejdzie wiekopomna chwila: zrobię wreszcie pierwszy raz w życiu bigos!
A teraz choinka po ubraniu. Dobrze, że duża, bo prezenty były duże :)
Ika dostała wymarzoną wieżę i może teraz słuchać swojej ulubionej muzyki. Do tego prezenty od mojej nieocenionej przyjaciółki. Tutaj zaciesz z kubka:
Jasiek dostał natomiast głośniki... Oraz kask na komara. Najbardziej cieszył się z nutelli?
Piotrek dostał to, co ostatnio lubi najbardziej, odkąd nie pije: torbę słodyczy i zgrzewkę coca coli :)
Ja dzisiaj była przetestować jeden z prezentów: rękawiczki rowerowe. Widząc prognozy pogody nastawiałam się na przejażdżkę rowerową i zrobiłam dzisiaj ok. 40 km - makowiec uważam za spalony :)
W te święta mam zamiar sprawić sobie jeszcze parę przyjemności: poczytać w wannie fajną książkę, a jutro spotkanie z morsami, wspólna kąpiel, a wcześniej przejście z pochodniami, to może być ciekawe.
Ika stwierdziła, że przed ubraniem wyglądała lepiej, no cóż... Fakt, że koncepcji na ubranie choinki nie miałam jakoś, wszystko w pośpiechu, w pracy nadgodziny, gdyby nie to że teściowa robi święta, to ciężko by było. Ale następna wigilia będzie u nas i nadejdzie wiekopomna chwila: zrobię wreszcie pierwszy raz w życiu bigos!
A teraz choinka po ubraniu. Dobrze, że duża, bo prezenty były duże :)
Ika dostała wymarzoną wieżę i może teraz słuchać swojej ulubionej muzyki. Do tego prezenty od mojej nieocenionej przyjaciółki. Tutaj zaciesz z kubka:
Jasiek dostał natomiast głośniki... Oraz kask na komara. Najbardziej cieszył się z nutelli?
Piotrek dostał to, co ostatnio lubi najbardziej, odkąd nie pije: torbę słodyczy i zgrzewkę coca coli :)
Ja dzisiaj była przetestować jeden z prezentów: rękawiczki rowerowe. Widząc prognozy pogody nastawiałam się na przejażdżkę rowerową i zrobiłam dzisiaj ok. 40 km - makowiec uważam za spalony :)
W te święta mam zamiar sprawić sobie jeszcze parę przyjemności: poczytać w wannie fajną książkę, a jutro spotkanie z morsami, wspólna kąpiel, a wcześniej przejście z pochodniami, to może być ciekawe.
środa, 18 grudnia 2013
Wczoraj miałam fantastyczny dzień.
Po pracy pojechałam na terapię - to była ostatnia terapia grupowa dla dwóch babeczek. W takim momencie czyta się pracę, napisaną o tym, co dała terapia, jakie zmiany zaszły dzięki niej w życiu danej osoby. Łzy mi stanęły w oczach podczas czytania jednej pracy, bo jak słuchałam, to jakbym widziała siebie. Pomyśleć, że już pół roku tam chodzę. Na początku z obawami, że nie pogodzę tego z innymi sprawami, że brak samochodu będzie problemem nie do przejścia. Ale potem okazało się, że warto i daje się to pogodzić. Tylko fakt, że chodzę i chodzę, a Piotrek i tak pije był trochę dołujący, ale cóż, stwierdziłam, że trudno, skoro nie mam na to wpływu, to dalej będę zajmować się sobą. No a ostatnio to się zmieniło. W domu jest wreszcie tak jak powinno być. Wiele już zrozumiałam i sobie poukładałam, jeszcze sporo mam do przepracowania, ale jestem taka wdzięczna tej terapii. I mojej terapeutce, z którą wczoraj były ostatnie zajęcia, ponieważ za ok. miesiąc rodzi! Chciałam jej coś dać, myślałam, że może coś wyszydełkuję, ale za mało czasu. Olśniło mnie prawie w ostatniej chwili i dałam jej naszą płytę. To prezent jak najbardziej na czasie, a tyle się nagadałam o chórze, że powiedziała, że jest bardzo ciekawa, jak brzmi.
A później spotkałam się z Doris. Poszłyśmy zobaczyć choinkę i na herbatę. I pogadałyśmy sobie. I dałam jej płytę :) Powiedziała, że tym razem przyjedzie na nasz koncert.
A na koniec wracałam do domu, samochodem mamy, który posiada odtwarzacz płyt. W naszym starym seacie mieliśmy radio i odtwarzacz, ale kaset magnetofonowych :) A tutaj można słuchać Elvisa w czasie jazdy i to jest taka przyjemność, że aż człowiek się przestaje spieszyć gdziekolwiek. To wczoraj to był chyba przykład małych rzeczy, które się przytrafiają na codzień i trzeba tylko je zauważyć, żeby się móc nimi cieszyć.
Po pracy pojechałam na terapię - to była ostatnia terapia grupowa dla dwóch babeczek. W takim momencie czyta się pracę, napisaną o tym, co dała terapia, jakie zmiany zaszły dzięki niej w życiu danej osoby. Łzy mi stanęły w oczach podczas czytania jednej pracy, bo jak słuchałam, to jakbym widziała siebie. Pomyśleć, że już pół roku tam chodzę. Na początku z obawami, że nie pogodzę tego z innymi sprawami, że brak samochodu będzie problemem nie do przejścia. Ale potem okazało się, że warto i daje się to pogodzić. Tylko fakt, że chodzę i chodzę, a Piotrek i tak pije był trochę dołujący, ale cóż, stwierdziłam, że trudno, skoro nie mam na to wpływu, to dalej będę zajmować się sobą. No a ostatnio to się zmieniło. W domu jest wreszcie tak jak powinno być. Wiele już zrozumiałam i sobie poukładałam, jeszcze sporo mam do przepracowania, ale jestem taka wdzięczna tej terapii. I mojej terapeutce, z którą wczoraj były ostatnie zajęcia, ponieważ za ok. miesiąc rodzi! Chciałam jej coś dać, myślałam, że może coś wyszydełkuję, ale za mało czasu. Olśniło mnie prawie w ostatniej chwili i dałam jej naszą płytę. To prezent jak najbardziej na czasie, a tyle się nagadałam o chórze, że powiedziała, że jest bardzo ciekawa, jak brzmi.
A później spotkałam się z Doris. Poszłyśmy zobaczyć choinkę i na herbatę. I pogadałyśmy sobie. I dałam jej płytę :) Powiedziała, że tym razem przyjedzie na nasz koncert.
A na koniec wracałam do domu, samochodem mamy, który posiada odtwarzacz płyt. W naszym starym seacie mieliśmy radio i odtwarzacz, ale kaset magnetofonowych :) A tutaj można słuchać Elvisa w czasie jazdy i to jest taka przyjemność, że aż człowiek się przestaje spieszyć gdziekolwiek. To wczoraj to był chyba przykład małych rzeczy, które się przytrafiają na codzień i trzeba tylko je zauważyć, żeby się móc nimi cieszyć.
poniedziałek, 16 grudnia 2013
Wczoraj minęło 23 lata odkąd usłyszałam pierwszy raz o Elvisie. I nie mogę zapomnieć do dzisiaj :)I jestem szczęśliwa z tego powodu.
Od około miesiąca w domu jest tak, jak być powinno. Piotrek przestał pić, pomaga, interesuje się, można na niego liczyć, można z nim pogadać pośmiać się. Dużo zrobił przy remoncie, dokłada się też bardziej do domowego budżetu. Dostałam od niego w prezencie mikołajkowym rękawice do morsowania, wybierał prezenty dla Robaków, co mi bardzo ułatwiło życie. Ale chociaż obiecał, ze pójdzie na terapię, to nie poszedł. Więc jakby nie mam podstaw, żeby sądzić, ze to jego niepicie będzie na dłużej niż wcześniej. Ale moja terapeutka wytłumaczyła mi, że mimo to może warto cieszyć się obecną chwilą, a przede wszystkim postępować w zgodzie ze sobą i swoimi uczuciami. I że może jeśli zdarzy mu się nawet napić, to się przekona że sam nie jest taki mocny i że warto na tę terapię iść.
Wczoraj zabrałam babcię w odwiedziny do syna. Bo moja babcia oprócz mojej mamy i Janusza ma jeszcze jednego syna, który mieszka w Domu Pomocy Społecznej, 80 km stąd, ponieważ jest chory na zespół Downa. Nie wiem, jak mogliśmy do tego dopuścić, ale babcia nie był u niego chyba z 10 lat. Jak sobie to uświadomiłam, to postanowiłam, że jak tylko będę miała auto do dyspozycji, to ją tam zawiozę. No i tak się złożyło, że auto mam, a tu zaraz święta i najlepszy termin aby pojechać był właśnie wczoraj. Babcia była prze szczęśliwa, Andrzejek też. No to ja tym bardziej :) Teraz mam zamiar wywołać dla niej zdjęcia z tych naszych wojaży: z pielgrzymki, z wyjazdu w lubelskie, z wczoraj i zrobię z tego album na prezent gwiazdkowy.
Płyta z kolędami naszego chóru już trafiła w moje ręce. Zamówione dodatkowo 10 sztuk już popakowałam w koperty i rozesłałam do rodziny i przyjaciół listami poleconymi. Powinny dojść jeszcze w tym tygodniu i nie mam powodów do wstydu. Wręcz przeciwnie, mam nadzieję, że posłuchają w święta z przyjemnością i pomyślą o nas. Dużą radość mi sprawiło to, że mogę w ten sposób życzyć wszystkim cudownych świąt i wszystkiego dobrego.
Od około miesiąca w domu jest tak, jak być powinno. Piotrek przestał pić, pomaga, interesuje się, można na niego liczyć, można z nim pogadać pośmiać się. Dużo zrobił przy remoncie, dokłada się też bardziej do domowego budżetu. Dostałam od niego w prezencie mikołajkowym rękawice do morsowania, wybierał prezenty dla Robaków, co mi bardzo ułatwiło życie. Ale chociaż obiecał, ze pójdzie na terapię, to nie poszedł. Więc jakby nie mam podstaw, żeby sądzić, ze to jego niepicie będzie na dłużej niż wcześniej. Ale moja terapeutka wytłumaczyła mi, że mimo to może warto cieszyć się obecną chwilą, a przede wszystkim postępować w zgodzie ze sobą i swoimi uczuciami. I że może jeśli zdarzy mu się nawet napić, to się przekona że sam nie jest taki mocny i że warto na tę terapię iść.
Wczoraj zabrałam babcię w odwiedziny do syna. Bo moja babcia oprócz mojej mamy i Janusza ma jeszcze jednego syna, który mieszka w Domu Pomocy Społecznej, 80 km stąd, ponieważ jest chory na zespół Downa. Nie wiem, jak mogliśmy do tego dopuścić, ale babcia nie był u niego chyba z 10 lat. Jak sobie to uświadomiłam, to postanowiłam, że jak tylko będę miała auto do dyspozycji, to ją tam zawiozę. No i tak się złożyło, że auto mam, a tu zaraz święta i najlepszy termin aby pojechać był właśnie wczoraj. Babcia była prze szczęśliwa, Andrzejek też. No to ja tym bardziej :) Teraz mam zamiar wywołać dla niej zdjęcia z tych naszych wojaży: z pielgrzymki, z wyjazdu w lubelskie, z wczoraj i zrobię z tego album na prezent gwiazdkowy.
Płyta z kolędami naszego chóru już trafiła w moje ręce. Zamówione dodatkowo 10 sztuk już popakowałam w koperty i rozesłałam do rodziny i przyjaciół listami poleconymi. Powinny dojść jeszcze w tym tygodniu i nie mam powodów do wstydu. Wręcz przeciwnie, mam nadzieję, że posłuchają w święta z przyjemnością i pomyślą o nas. Dużą radość mi sprawiło to, że mogę w ten sposób życzyć wszystkim cudownych świąt i wszystkiego dobrego.
środa, 6 listopada 2013
Zostałam niedawno zapytana dlaczego tak rzadko piszę. Zastanawiałam się nad tym, bo przecież kiedyś miałam taką potrzebę dość często. Na razie nie wymyśliłam nic sensownego, po prostu, nie zawsze chce mi się pisać o tym co się dzieje, zwłaszcza jak dzieje się tak, że miałabym tu jęczeć i kwękać. Jak odeszłam z bloxa postanowiłam sobie, że tu nie będę się użalać nad swoim losem żony alkoholika. Ale w sumie sytuacja się zmieniła, bo przecież poszłam na terapię, uświadamiam sobie swoje problemy i pracuję nad nimi. Wreszcie nie wstydzę się tego, że jestem bierna w tej całej sytuacji. Bo tego się wstydziłam właśnie.
Jasiek szkołę sobie chwali, chociaż ocen rewelacyjnych nie ma. Dostał też uwagę za palenie papierosów w okolicy szkoły. Obawiam się chyba jak każda matka, że moje dziecko popadnie w nałogi. Nie wiem, czy nie dałam mu za dużo swobody i czy on ją dobrze spożytkuje.
Z powodu jego nieobecności nadrabiam i poprawiam relacje z Dominiką i chyba dobrze nam idzie. Też fajnie się dogadujemy, ona mnie rozumie i wspólnie się śmiejemy z różnych spraw i rozmawiamy na poważne tematy.
Październik zleciał, był piękny i ciepły. Zaczął się sezon morsowania, chociaż aura nie wymagała wielkiego hartu ;) A listopad to coraz częstsze myślenie o Bożym Narodzeniu, prezentach i jak tu się zmieścić w budżecie i wszystkim dogodzić...Chociaż klimaty świąteczne ćwiczyliśmy na chórze od sierpnia, ponieważ przygotowywaliśmy się do nagrania płyty z kolędami, która jest już skończona, nagrana i pojechała do Łodzi celem dalszego rozmnażania.
Na koniec chcę jeszcze napisać, że dużo słyszę na terapii o przełomie, że następuje coś takiego u dziewczyn, że podejmują decyzje, zmieniają swoje życie, wreszcie coś się dzieje. U mnie pierwszy przełom miał miejsce jak poszłam do poradni, a drugi w minioną niedzielę, tak czuję. I muszę się w tym umocnić.
Jasiek szkołę sobie chwali, chociaż ocen rewelacyjnych nie ma. Dostał też uwagę za palenie papierosów w okolicy szkoły. Obawiam się chyba jak każda matka, że moje dziecko popadnie w nałogi. Nie wiem, czy nie dałam mu za dużo swobody i czy on ją dobrze spożytkuje.
Z powodu jego nieobecności nadrabiam i poprawiam relacje z Dominiką i chyba dobrze nam idzie. Też fajnie się dogadujemy, ona mnie rozumie i wspólnie się śmiejemy z różnych spraw i rozmawiamy na poważne tematy.
Październik zleciał, był piękny i ciepły. Zaczął się sezon morsowania, chociaż aura nie wymagała wielkiego hartu ;) A listopad to coraz częstsze myślenie o Bożym Narodzeniu, prezentach i jak tu się zmieścić w budżecie i wszystkim dogodzić...Chociaż klimaty świąteczne ćwiczyliśmy na chórze od sierpnia, ponieważ przygotowywaliśmy się do nagrania płyty z kolędami, która jest już skończona, nagrana i pojechała do Łodzi celem dalszego rozmnażania.
Na koniec chcę jeszcze napisać, że dużo słyszę na terapii o przełomie, że następuje coś takiego u dziewczyn, że podejmują decyzje, zmieniają swoje życie, wreszcie coś się dzieje. U mnie pierwszy przełom miał miejsce jak poszłam do poradni, a drugi w minioną niedzielę, tak czuję. I muszę się w tym umocnić.
czwartek, 19 września 2013
szybka akcja
W sobotę Jasiek oświadczył, że chciałby przenieść się do gimnazjum 30km stąd i mieszkać w internacie.
Jego najlepszy kolega się tam przeniósł od września i to była główna inspiracja.
W gimnazjum o którym mowa mają wf z trenerami siatkówki, a mieszkając w internacie jest możliwość brania udziału w treningach 4x w tygodniu. A Jasiek gra i lubi siatkówkę.
Nie podobał mi się ten pomysł wcale, zwłaszcza, że to III klasa, trzeba myśleć o testach gimnazjalnych, a tu jak nic szykuje się na starcie nadrabianie różnic programowych i nie wiadomo czego jeszcze. Do tego książki już wszystkie kupione... A internat to w ogóle abstrakcja po ostatnich akcjach.
Ale postanowiłam przede wszystkim pojechać i zobaczyć na własne oczy o co tam chodzi. Pojechaliśmy wczoraj. Najpierw do gimnazjum, które jest naprzeciwko mojego byłego, ulubionego miejsca pracy. Z przyjęciem nie byłoby żadnego problemu, wolne miejsca w klasie o profilu ekologiczno-biologicznym. No to poszliśmy do internatu, dość daleko - 15 min drogi od szkoły. Rozmawiałam z kierowniczką i wychowawczynią - bardzo pozytywne odczucia. Rozwiały większość moich obaw. Potem poszłam jeszcze obok na halę sportową i rozmawiałam z prezesem na temat treningów i ogólnie jak podchodzą do chłopaków, na co zwracają uwagę itd. Też pozytywnie w moim odczuciu. Pomyślałam, że paradoksalnie może to jest jakieś rozwiązanie tych ostatnich problemów: nowe środowisko, wśród osób zafiksowanych na punkcie siatkówki czy np. informatyki, bo w internacie mieszkają też uczniowie pobliskiego zespołu szkół ponadgimnazjalnych gdzie jest Technikum Informatyczne. Trafiło do mnie to, że Jasiek powiedział, że chce zobaczyć czy ta siatkówka to na pewno TO, bo może po skończeniu gimnazjum wybrałby jednak coś innego. Generalnie ma tam możliwość rozeznania się na miejscu i zdecydowania, co chce robić. A potem to już tylko iść w wybranym kierunku. Warunki do tego bardzo dobre, tylko korzystać. Dla mnie większe obciążenie finansowe, bo na każdym kroku za coś trzeba zapłacić, ale damy jakoś radę. Do tej pory Dominika realizowała i realizuje swoje pasje: konie, szkoła muzyczna. On też powinien mieć możliwość.
Nie znalazłam już argumentów żeby nie zgodzić się na to przeniesienie, a skoro decyzja na tak, to nie ma co tracić czasu. Mamy drugą połowę września, liczy się każdy dzień, więc jeszcze wczoraj:
- załatwiliśmy internat
- zabrałam z dotychczasowego gimnazjum papiery
- byłam na pierwszej wywiadówce w nowej szkole
- Jasiek pojechał do internatu
a dzisiaj już był na lekcjach w nowym gimnazjum. I na pierwszym treningu.
Zostały mi jeszcze formalności w szkole do załatwienia, ale to załatwię we wtorek, bo i tak jadę na terapię, to pojadę wcześniej i pójdę do szkoły.
Byłam wczoraj w fatalnej formie po tym wszystkim, jak sobie uświadomiłam, że mój Misiu nie będzie w domu jak do tej pory. Ryczałam w drodze do domu i cały wieczór, dzięki czemu poszłam dzisiaj do pracy z pięknie podpuchniętymi oczami i nie nadawałam się tak naprawdę do niczego. Bez sensu reakcja. Rozumiem wszystkie logiczne argumenty, ale wczoraj nic nie trafiało do mnie no i trudno. Dzisiaj już jest coraz lepiej.
Mam nadzieję, że będzie dobrze, że da sobie radę w tej szkole, a przy tym nie stoczy się i nie popadnie do reszty we wszelkie możliwe nałogi...
sobota, 31 sierpnia 2013
Wracając do "nieba" z mojego ostatniego postu, tak sobie myślę, że w swoim nowym domu też mam jak w niebie. I chociaż jeszcze trochę brakuje do ideału (listwy przypodłogowe, oświetlenie, uchwyt na TV, regał na książki, nie wspominając o umywalce w łazience i wyposażeniu i umeblowaniu kuchni) to i tak już jestem zadowolona.
Jednakże w relacji z Piotrkiem nie jest tak dobrze, w zasadzie nie jest dobrze wcale, na razie jakby coraz gorzej. Zwłaszcza, że dotrzymałam słowa i złożyłam wniosek o skierowanie na przymusowe leczenie odwykowe. Odkąd dostał wezwanie na 3.09 jest obrażony. A przecież nie zrobiłam mu tego na złość. Ale spodziewałam się i takiej reakcji. Widać, że ma mi za złe, że jeżdżę do poradni dla współuzależnionych, ale na trzeźwo mi tego nie mówi. Dopiero jak wypije potrafi wyartykułować te swoje pretensje, czasem w niemiłej formie, czego wcześniej nie było, bo też powodów do pretensji nie miał.
Jeszcze gorzej było z Jaśkiem ponad tydzień temu. W świetle informacji, jakie do mnie doszły nie mogłam mieć już złudzeń, że on + alkohol, to nie były tylko incydenty. Postawiłam telefonicznie na nogi tych rodziców jego kolegów i koleżanek, których znam, wprowadziłam nakaz wracania do domu o 20:00, obowiązek meldowania się co 2 godziny i powiedziałam, że kupię alkomat. Następnego dnia zapytałam, czy coś sobie przemyślał, czy ma mi co do powiedzenia. Powiedział, że chciałby, żebyśmy zaczęli od nowa, żebym mu spróbowała na nowo zaufać. I żebym nie kupowała alkomatu. Moje odczucie było takie, że to było szczere i że zależy mu na możliwie szczerej relacji ze mną. Trochę mi ulżyło. Mam nadzieję, że się nie mylę. Umówiłam go do znajomej psycholog z poradni psychologiczno-pedagogicznej. Po prostu chwytam się wszystkich opcji, jakie mi przychodzą do głowy. Byłam na policji, bo chciałam się dowiedzieć, co można zrobić w związku z tym, że tym gówniarzom alkohol sprzedają w kilku sklepach w naszej miejscowości. Ale ponieważ nie byłam bezpośrednim świadkiem, to tak jakby się nie liczy. Prowokacji, tak jak w TV, też nie robią. A bardzo chciałabym porozmawiać sobie z takim sprzedawcą po tym jak sprzedał alkohol nieletniemu.
Zaczyna się rok szkolny, będzie mniej czasu na głupoty - mam nadzieję. Ale będę go miała bardziej na oku. Dostał za dużo swobody w wakacje i się poprzewracało w główce z lekka.
Jednakże w relacji z Piotrkiem nie jest tak dobrze, w zasadzie nie jest dobrze wcale, na razie jakby coraz gorzej. Zwłaszcza, że dotrzymałam słowa i złożyłam wniosek o skierowanie na przymusowe leczenie odwykowe. Odkąd dostał wezwanie na 3.09 jest obrażony. A przecież nie zrobiłam mu tego na złość. Ale spodziewałam się i takiej reakcji. Widać, że ma mi za złe, że jeżdżę do poradni dla współuzależnionych, ale na trzeźwo mi tego nie mówi. Dopiero jak wypije potrafi wyartykułować te swoje pretensje, czasem w niemiłej formie, czego wcześniej nie było, bo też powodów do pretensji nie miał.
Jeszcze gorzej było z Jaśkiem ponad tydzień temu. W świetle informacji, jakie do mnie doszły nie mogłam mieć już złudzeń, że on + alkohol, to nie były tylko incydenty. Postawiłam telefonicznie na nogi tych rodziców jego kolegów i koleżanek, których znam, wprowadziłam nakaz wracania do domu o 20:00, obowiązek meldowania się co 2 godziny i powiedziałam, że kupię alkomat. Następnego dnia zapytałam, czy coś sobie przemyślał, czy ma mi co do powiedzenia. Powiedział, że chciałby, żebyśmy zaczęli od nowa, żebym mu spróbowała na nowo zaufać. I żebym nie kupowała alkomatu. Moje odczucie było takie, że to było szczere i że zależy mu na możliwie szczerej relacji ze mną. Trochę mi ulżyło. Mam nadzieję, że się nie mylę. Umówiłam go do znajomej psycholog z poradni psychologiczno-pedagogicznej. Po prostu chwytam się wszystkich opcji, jakie mi przychodzą do głowy. Byłam na policji, bo chciałam się dowiedzieć, co można zrobić w związku z tym, że tym gówniarzom alkohol sprzedają w kilku sklepach w naszej miejscowości. Ale ponieważ nie byłam bezpośrednim świadkiem, to tak jakby się nie liczy. Prowokacji, tak jak w TV, też nie robią. A bardzo chciałabym porozmawiać sobie z takim sprzedawcą po tym jak sprzedał alkohol nieletniemu.
Zaczyna się rok szkolny, będzie mniej czasu na głupoty - mam nadzieję. Ale będę go miała bardziej na oku. Dostał za dużo swobody w wakacje i się poprzewracało w główce z lekka.
niedziela, 18 sierpnia 2013
trzy dni w niebie :)
Tylko trzy dni, a ile emocji! Wszystko, co instynktownie czułam, że potrzebuję zrobić złożyło się na jedną całość, coś w rodzaju terapii, której bardzo potrzebowałam :)
Rano w czwartek wstałam wcześniej, żeby się spakować. Cudowny, rowerowy minimalizm! Nie można wziąć zbyt wiele, bo trzeba się zmieścić w plecak i koszyk :) Jestem już na 100% przekonana, że dążenie do pozbywania się zamiast posiadania jest o niebo właściwsze!
Wystartowałam, trasa miejscami jest przecudna. Zwłaszcza rano.
Widziałam po drodze błękitny traktor!
Jak dojechałam na działkę, to wypakowałam tych kilka zabranych rzeczy i ruszyłam na plaże. Tak, w poprzednim zdaniu nie brakuje 'ę'. Przez cały dzień zjeździłam cały pas wybrzeża i zatrzymywałam się tam, gdzie mi się podobało. Jak zgłodniałam to poszłam na pierogi. Potem obejrzałam występy zespołów, które przyjechały na festiwal folkloru. A potem siedziałam w porcie i gapiłam się godzinę na ludzi i statki.
Pierwszego dnia padłam wcześnie, bo po 21. Ale chyba nic dziwnego. Zresztą następnego dnia miałam przecież w planach zdążyć na oglądanie wschodu słońca. Nie chciało mi się wychodzić z ciepłego posłanka, ale w końcu się przemogłam.
Super jeździ się o 5 rano po mieście, tak zatłoczonym w ciągu dnia :) Natomiast wschód słońca nad morzem jest magiczny. Zachody są piękne, ale przereklamowane ;)
Pusta plaża i molo - widok wart wszystkiego o tej porze roku - i czerwieniejące chmurki - jeszcze przed wschodem:
Zaczyna się pojawiać ono:
I w końcu jest!
Tradycją jest także, że raz w roku w czasie urlopu kupuję jakieś grube, kobiece czasopismo, koniecznie sierpniowe, żeby był mój horoskop (w ciągu roku nie kupuję żadnych gazet, bo czytam wszystko w internecie). Większość miesięczników to były już numery wrześniowe o tej porze, ale znalazłam "Zwierciadło" z sierpnia. Czytając odhaczyłam kolejny punkt programu: poranna kawa na działce mamy:
Rano w czwartek wstałam wcześniej, żeby się spakować. Cudowny, rowerowy minimalizm! Nie można wziąć zbyt wiele, bo trzeba się zmieścić w plecak i koszyk :) Jestem już na 100% przekonana, że dążenie do pozbywania się zamiast posiadania jest o niebo właściwsze!
Wystartowałam, trasa miejscami jest przecudna. Zwłaszcza rano.
Widziałam po drodze błękitny traktor!
Jak dojechałam na działkę, to wypakowałam tych kilka zabranych rzeczy i ruszyłam na plaże. Tak, w poprzednim zdaniu nie brakuje 'ę'. Przez cały dzień zjeździłam cały pas wybrzeża i zatrzymywałam się tam, gdzie mi się podobało. Jak zgłodniałam to poszłam na pierogi. Potem obejrzałam występy zespołów, które przyjechały na festiwal folkloru. A potem siedziałam w porcie i gapiłam się godzinę na ludzi i statki.
Pierwszego dnia padłam wcześnie, bo po 21. Ale chyba nic dziwnego. Zresztą następnego dnia miałam przecież w planach zdążyć na oglądanie wschodu słońca. Nie chciało mi się wychodzić z ciepłego posłanka, ale w końcu się przemogłam.
Super jeździ się o 5 rano po mieście, tak zatłoczonym w ciągu dnia :) Natomiast wschód słońca nad morzem jest magiczny. Zachody są piękne, ale przereklamowane ;)
Pusta plaża i molo - widok wart wszystkiego o tej porze roku - i czerwieniejące chmurki - jeszcze przed wschodem:
Zaczyna się pojawiać ono:
I w końcu jest!
Tradycją jest także, że raz w roku w czasie urlopu kupuję jakieś grube, kobiece czasopismo, koniecznie sierpniowe, żeby był mój horoskop (w ciągu roku nie kupuję żadnych gazet, bo czytam wszystko w internecie). Większość miesięczników to były już numery wrześniowe o tej porze, ale znalazłam "Zwierciadło" z sierpnia. Czytając odhaczyłam kolejny punkt programu: poranna kawa na działce mamy:
A horoskop? Baaaardzo ciekawy:
"Zaczęłaś kontrolować sytuację i nadrabiasz stracony czas. Lwy są zawsze zmotywowane, ambitne i stale do czegoś dążą, a ty ostatnio musiałaś wstrzymać się z działaniem do czasu, aż inni ludzie zrobią swój ruch (oj tak, za długo to trwało, zdecydowanie). Pełnia księżyca 21 sierpnia oznacza przełom - decyzje, które wtedy podejmiesz, powinny wyznaczyć wyraźną granicę między dniem wczorajszym a przyszłością (indeed). Gwiazdy pomogą ci poczuć się wolną, co może oznaczać zarówna wakacyjny wyjazd, jak i pozbycie się jakiegoś ciężkiego brzemienia."
I rzeczywiście. To co robiłam w ciągu tych dni, to wszystko, na co czułam że mam ochotę
JA w danym momencie. Nie zawsze od razu wiedziałam, na co mam ochotę,
więc zmieniałam zdanie i jadąc pierwotnie na pobliską, ale zatłoczoną
plażę, lądowałam na oddalonej o 8 kilometrów, ale spokojnej i
malowniczej, gdzie zapach morza przeplatał się z zapachem lasu.
Uwielbiam te ścieżki rowerowe, z których korzysta teraz mnóstwo miejscowych i turystów z rowerami, gokartami oraz na rolkach. Widok jednego pana w słusznym wieku na rolkach i odpychającego się kijkami był bezcenny - pan mknął jak burza. Albo słodki piesek w koszyku rowerowym.
Zdecydowałam się zostać dłużej o jeszcze jedną noc, ale już nie sama na działce, tylko u koleżanki,
z którą przy okazji nadrobiłam zaległości gdyż ostatnio widziałyśmy się dość krótko chyba w marcu. Wynikiem tej wizyty było coś kompletnie nieoczekiwanego. Coś, co jakby uzupełniało wszystkie wydarzenia z tych dni, ale wbrew pozorom nie zamknęło ich. Tu ma być ciąg dalszy i chyba faktycznie coś się zadziało. Można powiedzieć, że zrobiłam SOBIE fantastyczny prezent urodzinowy po przez sesję masażu MA-URI. Wiedziałam niewiele na temat tego, co mnie czeka, ale to co wiedziałam i rekomendacje od zaufanych osób spowodowały że się zdecydowałam :) Znalazłam dość trafne - wydaje mi się - wytłumaczenie na czym to polega w "Zwierciadle":
z którą przy okazji nadrobiłam zaległości gdyż ostatnio widziałyśmy się dość krótko chyba w marcu. Wynikiem tej wizyty było coś kompletnie nieoczekiwanego. Coś, co jakby uzupełniało wszystkie wydarzenia z tych dni, ale wbrew pozorom nie zamknęło ich. Tu ma być ciąg dalszy i chyba faktycznie coś się zadziało. Można powiedzieć, że zrobiłam SOBIE fantastyczny prezent urodzinowy po przez sesję masażu MA-URI. Wiedziałam niewiele na temat tego, co mnie czeka, ale to co wiedziałam i rekomendacje od zaufanych osób spowodowały że się zdecydowałam :) Znalazłam dość trafne - wydaje mi się - wytłumaczenie na czym to polega w "Zwierciadle":
"Masaż MA-URI nie jest zwykłym, technicznym masażem. Jest
to masaż uzdrawiający. Dotyka całokształtu osoby ludzkiej. Wywodzi się z
prastarej tradycji masażu świątynnego, wykonywanego przez Kahunów,
hawajskich szamanów. Masaż MA-URI polega na wywołaniu tych energii,
które pozwolą masowanej osobie uwolnić się od szkodliwych napięć,
przekonań, wreszcie chorób. (...)
Masaż wykonuje się na całym ciele, wewnętrzną stroną przedramion i
dłońmi, przy użyciu ciepłego olejku. Podczas masażu wykorzystana jest
konkretna sekwencja ruchów, układających się w taniec, wykonywany do
muzyki polinezyjskiej".
Aż weszłam na you tube żeby zobaczyć ten taniec, bo podczas masażu nie było takiej możliwości
i rzeczywiście pięknie to wygląda. Najważniejsze co poczułam w trakcie tego masażu to poprzez dotyk masażysty powiedzenie sobie, że się lubię, akceptuję, że jestem ok.
i rzeczywiście pięknie to wygląda. Najważniejsze co poczułam w trakcie tego masażu to poprzez dotyk masażysty powiedzenie sobie, że się lubię, akceptuję, że jestem ok.
Ale MA-URI, to nie tylko masaż, to także rozmowa, zajrzenie w głąb siebie, zastanowienie się nad swoimi uczuciami, a potem informacja zwrotna od osoby masującej, o tym, co ciało powiedziało :) No i to, że ten proces się nie kończy z momentem zakończenia tej sesji. Jakby na potwierdzenie, pojechałam na działkę i miałam możliwość pogadać jeszcze z mamą i tak jakoś nasza rozmowa zeszła na tematy mojego chodzenia na terapię i zdecydowałam się jej powiedzieć, że Jasiek już wrócił do domu pod wpływem alkoholu (do tej pory nie powiedziałam jej tego). I wtedy coś w niej pękło i powiedziała mi, że nie przyjeżdża do mnie bo nie może patrzeć na Piotrka, bo ma do niego żal za to wszystko i boi się, ze "natrzaska go po pysku". Że nie może już dłużej robić dobrej miny do złej gry. A ja cały czas myślałam, że ja i dzieci jej nie interesujemy... Ona powiedziała, że nie mówiła mi tego wcześniej, bo ja ciągle broniłam Piotrka. I zgadzam się z nią, pewnie nie przyjęłabym tego odpowiednio do wiadomości. Ale dobrze, że teraz wiem.
środa, 14 sierpnia 2013
plażing i rowering
To sobie zaplanowałam na długi weekend. Jutro rano startujemy do kurortu: ja i rowerek. Zostaję na noc lub dwie. W piątek pojadę sobie zobaczyć wschód słońca, mam zamiar napić się porannej kawy w ogrodzie, poleżeć na plaży bez skrupułów :) Wrócę w piątek wieczorem lub w sobotę, bo ma być coraz ładniejsza pogoda i może być mi szkoda wyjeżdżać. Ale w sobotę po południu znowu jedziemy do Dominiki nad jezioro, a niedzielę wracamy razem z nią stamtąd. Na pewno też będzie fajnie :)))
Na razie po przyjeździe dzisiaj z pracy i po 3 dniach pracy po urlopie - padłam. Zanim padłam podziwiałam jeszcze widok, jaki mam z łóżka przez okno:
Na razie po przyjeździe dzisiaj z pracy i po 3 dniach pracy po urlopie - padłam. Zanim padłam podziwiałam jeszcze widok, jaki mam z łóżka przez okno:
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























