Minęło pół roku, odkąd ostatnio pisałam. Jestem mniej szczęśliwa, tak od około czterech miesięcy. Najpierw mama zaczęła mieć kłopoty ze znalezieniem pracy na stałe i do tej pory się tym martwię. A potem, w maju Piotrek znowu zaczął pić. Tak jakby założył sobie że nie pije rok, a potem się zobaczy.
I od tego czasu mam z powrotem swoją huśtaweczkę. Jak nie pije jakiś czas to jest dobrze, zaczynam się znów otwierać, a wtedy znowu... łup!
Nie jest mi lekko, zwłaszcza jak się za wszelką cenę chce być silną i nie pozwolić sobie na żadne słabości - Pani Perfekcyjna Co Nigdy Nie Płacze.
Dopiero na terapii, w rozmowie dochodzę do tego, co naprawdę w głębi czuję. Że jestem nieszczęśliwa, samotna. Że te wszystkie drobiazgi, które mnie cieszyły jeszcze pół roku temu, już mnie nie cieszą. Że teraz źle się tu czuję. I nie jest mi dobrze być razem z kimś, kto... ech.
Do głowy przychodzą mi różne rzeczy. Zastanawiałam się, czy iść na studia podyplomowe, ale nie wiem na jakie. Nie wiem, co chciałabym dalej robić. Raz czuję się dobra w tym, co robię, a raz mam doła i czuję się beznadziejna. I nie chcę tego robić, mam już przesyt swoją pracą, czuję się coraz bardziej wypalona. Myślę, ze najbardziej chciałabym podróżować. Może wyjechać gdzieś i zostać na przykład kelnerką. A jak będę chciała poznać świat dalej, to się zabiorę i pojadę gdzieś indziej. Takie mi pomysły przychodzą do głowy. A może powinnam poszukać pracy związanej z podróżowaniem...
Jak opowiedziałam to wszystko mojej terapeutce, to zapytała, czy gdyby z Piotrkiem układało się dobrze, to czy też bym tak myślała. Prawda jest taka, że pół roku temu tak nie myślałam.
Od kilku tygodni chodzę jak znieczulona i nie wiem, co zrobić, jak z nim rozmawiać. Jak raz spróbowałam, nie był wtedy całkiem trzeźwy, to do tej pory pamiętam to spojrzenie pod tytułem: wal się. Znowu stosuje swoje manipulacje i sztuczki pijackie, nawet udało mu się wzbudzić we mnie niepewność, że może znowu się czepiam, o co mi chodzi?
No to w związku z tym, że już nie wiem, jak do niego trafić, jedyne co mi przyszło do głowy to podjąć decyzję. Porozmawiała trochę z dziećmi o tym, co czuję. Najrozsądniej byłoby scedować na niego resztę kredytu i wyprowadzić się, na przykład do Białogardu.
Tylko martwi mnie to, że teściowa ostatnio zaczęła chorować. W tym tygodniu będzie miała operację, ma stwierdzone jakieś zmiany nowotworowe, co prawda nie złośliwe, ale do tego jeszcze doszła cukrzyca. To nie ułatwia sprawy...
Z tego wszystkiego o najfajniejszej sprawie piszę na koniec. Tak się złożyło, że urlop w tym roku jeszcze przede mną. Wzięłam tylko tydzień w lipcu - pojechałyśmy z Dominiką na pielgrzymkę rowerową do Częstochowy :) Dwutygodniowy wypoczynek wypada mi więc w drugiej połowie października i wymyśliłam, że odwiedzę w końcu Celinę w Mediolanie :):):) Tyle razy mnie zapraszała, a ja zawsze miałam skrupuły, bo nie było mnie stać, żeby zabrać rodzinę, więc wolałam też nie jechać.
Aż tu w tym roku mój mąż obwieścił mi że jedzie do Egiptu, ze swoim najlepszym kolegą. Bez żadnych skrupułów. Hmmm, to mi dało do myślenia odnośnie mojego podejścia do tematu ;) Ostatecznie nie pojechał, bo zapił. A ja pojadę - zarezerwowałam już bilety!!!
bo ważne jest to co TU i TERAZ
poniedziałek, 21 września 2015
piątek, 13 marca 2015
Jestem szczęśliwa
Fantastyczne uczucie - być szczęśliwym. Chociaż specjalnie nic się nie zmieniło, ale czuję się szczęśliwa, wewnętrznie spokojna.
Może najmniej szczęśliwa jestem, jak muszę wstać przed piątą rano, ale poprawia mi się nastrój, jak mogę jechać do pracy rowerem.
W pracy czuję się doceniona, mam fajną, zgraną ekipę i ciąle "mi się chce". Pracować i być tam. Chociaż nawet czasem mnie coś wkurzy w pracy, to nie na tyle, żeby zaburzyć pozytywne uczucia, które mnie przepełniają.
Cieszę się jak pomyślę, że wracam do domu, w którym jest Piotrek, dzieci i cała nasza menażeria. I lubię TU być i być Z NIMI tu.
Dobrze się czuję na tym naszym strychu. Lubię naszą sypialnie, gdzie mogę się w spokoju zdrzemnąć, poczytać, odpocząć.
Czytanie... jest tyle fajnych książek I wreszcie znowu wróciłam do czytania, regularnego, najczęściej przed snem. Dobrze że szybko czytam, bo szybko też niestety zasypiam ;)
Terapia indywidualna idzie całkiem dobrze, kilka tematów mam ogarnietych i myślę, że jest poprawa w tych aspektach.Przynajmniej wiem, nad czym pracować.
Ptaki już wracają i coraz bardziej słychać ich śpiew - piękne po prostu.
Morsowanie w tym roku to okazja także do spotkania się ze świetnymi ludźmi, których coraz lepiej poznaję i bardzo dobrze się z nimi czuję. Dostaję od nich tyle pozytywnej energii, ciepła i serdecznosci, ze nie mieści się w głowie ;) Piotrek też ze mną często jeździ, chociaż oczywiście się nie kąpie, ale mi to nie przeszkadza. No i bycie nad morzem totalnie laduje moje akumulatory.
Chór i śpiewanie to jedna wielka przyjemność i satysfakcja :) Do tego częste bywanie w Centrum Kultury wiąże się też dosłownie z byciem w centrum kultury, dzięki różnym imprezom, fajna sprawa.
Dopełnieniem, bardzo istotnym, jest stabilizacja finansowa. Chwilowa, jak co roku o tej porze dostałam wlaśnie zwrot z podatku, a w krótce premię ;) Nie potrwa długo, ale bardzo cieszy :)
Mnóstwo rzeczy, spraw, powoduje, że jestem bardzo szczęsliwa. Nawet to, że w związku z awarią poprzedniego dostałam innego laptopa służbowego i jestem z niego zadowolona bardzo! Jest mniejszy, poręczniejszy i lżejszy, co nie jest bez znaczenia, kiedy zarzucam z nim plecak na rower.
I dzień robi się dłuższy. Bo, że jeszcze jest troche zimno kompletnie mi nie przeszkadza. Całą zimę jeżdżę na rowerze i w końcu jestem morsem :)
I można już wyjśc na rolki! To dobrze, bo za to na łyżwy już nie :)
Może najmniej szczęśliwa jestem, jak muszę wstać przed piątą rano, ale poprawia mi się nastrój, jak mogę jechać do pracy rowerem.
W pracy czuję się doceniona, mam fajną, zgraną ekipę i ciąle "mi się chce". Pracować i być tam. Chociaż nawet czasem mnie coś wkurzy w pracy, to nie na tyle, żeby zaburzyć pozytywne uczucia, które mnie przepełniają.
Cieszę się jak pomyślę, że wracam do domu, w którym jest Piotrek, dzieci i cała nasza menażeria. I lubię TU być i być Z NIMI tu.
Dobrze się czuję na tym naszym strychu. Lubię naszą sypialnie, gdzie mogę się w spokoju zdrzemnąć, poczytać, odpocząć.
Czytanie... jest tyle fajnych książek I wreszcie znowu wróciłam do czytania, regularnego, najczęściej przed snem. Dobrze że szybko czytam, bo szybko też niestety zasypiam ;)
Terapia indywidualna idzie całkiem dobrze, kilka tematów mam ogarnietych i myślę, że jest poprawa w tych aspektach.Przynajmniej wiem, nad czym pracować.
Ptaki już wracają i coraz bardziej słychać ich śpiew - piękne po prostu.
Morsowanie w tym roku to okazja także do spotkania się ze świetnymi ludźmi, których coraz lepiej poznaję i bardzo dobrze się z nimi czuję. Dostaję od nich tyle pozytywnej energii, ciepła i serdecznosci, ze nie mieści się w głowie ;) Piotrek też ze mną często jeździ, chociaż oczywiście się nie kąpie, ale mi to nie przeszkadza. No i bycie nad morzem totalnie laduje moje akumulatory.
Chór i śpiewanie to jedna wielka przyjemność i satysfakcja :) Do tego częste bywanie w Centrum Kultury wiąże się też dosłownie z byciem w centrum kultury, dzięki różnym imprezom, fajna sprawa.
Dopełnieniem, bardzo istotnym, jest stabilizacja finansowa. Chwilowa, jak co roku o tej porze dostałam wlaśnie zwrot z podatku, a w krótce premię ;) Nie potrwa długo, ale bardzo cieszy :)
Mnóstwo rzeczy, spraw, powoduje, że jestem bardzo szczęsliwa. Nawet to, że w związku z awarią poprzedniego dostałam innego laptopa służbowego i jestem z niego zadowolona bardzo! Jest mniejszy, poręczniejszy i lżejszy, co nie jest bez znaczenia, kiedy zarzucam z nim plecak na rower.
I dzień robi się dłuższy. Bo, że jeszcze jest troche zimno kompletnie mi nie przeszkadza. Całą zimę jeżdżę na rowerze i w końcu jestem morsem :)
I można już wyjśc na rolki! To dobrze, bo za to na łyżwy już nie :)
wtorek, 12 sierpnia 2014
Święto
Dzisiaj miało miejsce oficjalne zakończenie mojej terapii grupowej. Jest to ustalony rytuał: osoba kończąca terapię pisze pracę, w której zawarte są jej przemyślenia na temat tego, co terapia jej dała, jakie zmiany zapoczątkowała, jakie były momenty przełomowe I jak jest teraz. Do tego jeszcze przynosi się cos na poczęstunek.
Zwyczajowo terapia grupowa trwa rok czasu - odnosząc się do tego powinnam zakończyć w czerwcu. Ale miałam poczucie, że jeszcze tyle mogę się dowiedzieć, nauczyć, że jeszcze tego tematu nie przerabiałam, a bym chciała itd. W efekcie skończyłam dzisiaj, ale przez ostatni miesiąc I tak nie miałam terapii, bo najpierw ja miałam urlop, a potem terapeutka. I jakoś przeżyłam ten miesiąc. A potem po terapii indywidualnej dotarło do mnie, że jestem już gotowa, żeby odejść. Wiem, nad czym musze nadal pracować i mogę to robić na indywidualnych spotkaniach. Zwłaszcza, że należałoby się teraz zająć głębszym chyba problemem, bo związanym z piciem mojego taty. Czyli jestem DDA, jednak.
Ale wracając do tematu, dzisiejszy dzień jest dla mnie świętem. Zakończyłam coś dla mnie bardzo ważnego, czuję się dumna i szczęsliwa, że idę dalej z tym, czego się dowiedziałam, że dokonała się we mnie przemiana, z której jestem zadowolona i którą chcę utrwalać. W drodze powrotnej z poradni miałam w sobie tyle energii i pozytywnego nastroju, że aż mnie rozpierało. I to uczucie trwa nadal, nikt mi nie zepsuł humoru ;) Teraz wiem, że sensownie jest zajmować się tym na co się ma wpływ, nie ma sensu szarpać się z resztą. Wiem czego chcę, a czego nie. Nie godzę się na to, czego nie chcę. Uczę się mówić o tym, co czuję, co mnie boli, co mi sie nie podoba. Wsłuchuję się w siebie, w to co jest gdzieś w środku i wydobywam to na zewnątrz, np. starając się być bardziej spontaniczna, otwarta.
Szkoda mi, że nie będę wiedziała, co tam dalej dzieje się u dziewczyn. Mam nadzieję, że nie stracę całkiem kontaktu z nimi. Jesteśmy sobie obce, ale rozmowy, które były naszym udziałem zbliżyły nas do siebie, w końcu nie z każdym rozmawia się o tak trudnych sprawach.
Mam nadzieję, że dalsza terapia indywidualna pomoże mi zrozumieć skąd się wzięły te wszystkie blokady, jakie odczuwam i będe je po kolei likwidować.
Zwyczajowo terapia grupowa trwa rok czasu - odnosząc się do tego powinnam zakończyć w czerwcu. Ale miałam poczucie, że jeszcze tyle mogę się dowiedzieć, nauczyć, że jeszcze tego tematu nie przerabiałam, a bym chciała itd. W efekcie skończyłam dzisiaj, ale przez ostatni miesiąc I tak nie miałam terapii, bo najpierw ja miałam urlop, a potem terapeutka. I jakoś przeżyłam ten miesiąc. A potem po terapii indywidualnej dotarło do mnie, że jestem już gotowa, żeby odejść. Wiem, nad czym musze nadal pracować i mogę to robić na indywidualnych spotkaniach. Zwłaszcza, że należałoby się teraz zająć głębszym chyba problemem, bo związanym z piciem mojego taty. Czyli jestem DDA, jednak.
Ale wracając do tematu, dzisiejszy dzień jest dla mnie świętem. Zakończyłam coś dla mnie bardzo ważnego, czuję się dumna i szczęsliwa, że idę dalej z tym, czego się dowiedziałam, że dokonała się we mnie przemiana, z której jestem zadowolona i którą chcę utrwalać. W drodze powrotnej z poradni miałam w sobie tyle energii i pozytywnego nastroju, że aż mnie rozpierało. I to uczucie trwa nadal, nikt mi nie zepsuł humoru ;) Teraz wiem, że sensownie jest zajmować się tym na co się ma wpływ, nie ma sensu szarpać się z resztą. Wiem czego chcę, a czego nie. Nie godzę się na to, czego nie chcę. Uczę się mówić o tym, co czuję, co mnie boli, co mi sie nie podoba. Wsłuchuję się w siebie, w to co jest gdzieś w środku i wydobywam to na zewnątrz, np. starając się być bardziej spontaniczna, otwarta.
Szkoda mi, że nie będę wiedziała, co tam dalej dzieje się u dziewczyn. Mam nadzieję, że nie stracę całkiem kontaktu z nimi. Jesteśmy sobie obce, ale rozmowy, które były naszym udziałem zbliżyły nas do siebie, w końcu nie z każdym rozmawia się o tak trudnych sprawach.
Mam nadzieję, że dalsza terapia indywidualna pomoże mi zrozumieć skąd się wzięły te wszystkie blokady, jakie odczuwam i będe je po kolei likwidować.
poniedziałek, 19 maja 2014
Nie wyjeżdżam do UK, mieli lepszych kandydatów ode mnie. Poczułam ulgę, bo:
Dzisiaj znowu nie zastosowałam się do porad z książki o tym, jak rozmawiać z nastolatkami. No ale tego się nie da po prostu z moim synem! W zeszłym tygodniu nie poszedł do szkoły bo pojechał składać papiery do miasta oddalonego o 30km. No to rozumiem. Ale że dzisiaj usprawiedliwił nie pójście do szkoły tym, że poszedł dowiedzieć się o rekrutację w szkole, która jest w tym samym mieście co jego gimnazjum, to tego nie pojmuję. W końcu wydusiłam z niego, że do szkoły nie poszedł tak naprawdę dlatego, bo nie nauczył się z geografii. A dlaczego się nie nauczył? Bo musiał iść na grilla. I zrobił to chociaż kazałam mu się iść uczyć. Także już z większą premedytacją tego zrobić nie było można. I jak tu niby spowodować, żeby się poczuł odpowiedzialny za to co robi? Ja nie wiem. Zatem zapowiedziałam mu że ma szlaban do końca roku szkolnego, czyli przez najbliższy miesiąc, skoro bez tego nie rozumie, że czas skończyć się opierdalać i wziąć się za naukę. Tak się zbulwersowałam, że masakra. I przez chwilę mi było niefajnie, że się tak uniosłam, ale już mi przeszło. Widocznie z nim się nie da inaczej. Próbowałam rozmawiać jak z dorastającym, myślącym człowiekiem. Efekt tego jest taki, że zmienił szkołę w ostatniej klasie gimnazjum, zjechał dramatycznie z ocenami w dół, tak samo z frekwencją i obawiam się, czy w ogóle zda. A jeśli zda, to czy się dostanie do jakiejś dobrej szkoły.
O tej szkole rozmawiałam z terapeutką. Bo martwię się, ze on chce iść do technikum mechanicznego, myśli o tym, żeby zostać mechanikiem. Przy tym jaki jest wpływowy, a to takie pijące środowisko, obawiałam się czy to dobry pomysł. Ale terapeutka mówi, że tak samo można znaleźć przeciwskazania do pracy w każdym zawodzie, nawet lekarze są narażeni na łatwy dostęp do środków farmakologicznych i mogą mieć problem z narkotykami. No coś w tym jest.
Piotrek zaczął chodzić na terapię. Był już dwa razy. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że najwyraźniej uznał, że jednak sam sobie z tym nie poradzi. Ale ja znowu się wypaliłam w tym wszystkim. Czuję się jak żółw, który siedzi w skorupie, bo co wystawi głowę, to obrywa. No to chowa się do środka i przestaje wychodzić. I wkurza mnie to. Chciałabym kochać i być kochana. Ale trudno mi znowu zaufać. Czy jest jeszcze taka możliwość, żebyśmy byli razem? Wydaje mi się, że nie.
Ale na razie nadal tu jestem, chociaż mam wrażenie że moje dni tutaj są policzone. Tak jak postanowiłam, nie kupuję niczego do domu. Ostatnio tylko klamki dzieciom do pokoi. I czekam. Zapytałam czy skończy tę garderobę czy mam kogoś poszukać, kto dokończy. Bo mam już dosyć biegania po wszystkich strychach żeby skompletować ubranie. Tak samo nie kupię rolet na okna dopóki nie zostaną pomalowane farbą, która stoi od zeszłego roku. Powiedział, ze zrobi to do końca miesiąca. Jest to fizycznie możliwe jak najbardziej. Nawet skończył kłaść panele w ten weekend. Ja pojechałam z Dominiką do mamy. Poszłyśmy na rolki, potem Dominika zaliczyła "Noc muzeów". I starałam się nie mieć wyrzutów sumienia z tego powodu. On się nie martwił, jak zostawiał mnie samą w domu bo się musiał napić.
Kupuję dzieciom ubrania bez kombinacji typu kopanie po lumpeksach i na allegro, żeby było taniej, bo nie zawsze się da, więc sobie odpuszczam. I mam zamiar jechać na urlop do Krakowa i na Śląsk. W dupie mam strychy, remonty czy schody. Jak chce to skończyć, to niech to robi z własnych funduszy. Nie oddaje mi wszystkich pieniędzy a jeszcze mówi, żebym mu na busa dała, jak na terapię miał jechać. Najlepiej, jakby się mógł samochodem wozić, hrabia! Ja od czerwca ub. roku zasuwałam busami i jakoś dałam radę. A jak potrafił zorganizować sobie kasę na picie to i na busa niech sobie zorganizuje. Nie dałam mu pieniędzy i jakoś dojechał.
Złośliwa jestem, czy co? Powinnam się cieszyć, że zaczął chodzić do poradni, hehe. A jakoś wcale nie mam ochoty mu tego ułatwiać.
Niedługo koniec cyklu mojej terapii grupowej. Trwa ona mniej więcej rok, a ja zaczęłam właśnie pod koniec czerwca. Czas pomyśleć poważnie o podsumowaniu tego roku, muszę napisać na koniec pracę, którą przeczytam wszystkim. Mam jeszcze trochę czasu...
A w pracy dowiedziałam się dzisiaj, że odchodzi osoba, bez której trudno mi sobie wyobrazić dalszą pracę. Jeszcze kilka takich sytuacji i naprawdę niewiele będzie mnie tu trzymało :( Na razie szykują się kolejne zmiany, co jest ciekawe i załamujące jednocześnie. Ciekawe, bo nowe obowiązki dochodzą, załamujące, bo pewnie przybędzie obowiązków. Trzeba się będzie dobrze zorganizować, żeby to ogarnąć.
- powróciłam do swojej comfort zone
- nie mogę sobie zarzucić, że nie spróbowałam
- nie jest mi tutaj źle ostatecznie.
Dzisiaj znowu nie zastosowałam się do porad z książki o tym, jak rozmawiać z nastolatkami. No ale tego się nie da po prostu z moim synem! W zeszłym tygodniu nie poszedł do szkoły bo pojechał składać papiery do miasta oddalonego o 30km. No to rozumiem. Ale że dzisiaj usprawiedliwił nie pójście do szkoły tym, że poszedł dowiedzieć się o rekrutację w szkole, która jest w tym samym mieście co jego gimnazjum, to tego nie pojmuję. W końcu wydusiłam z niego, że do szkoły nie poszedł tak naprawdę dlatego, bo nie nauczył się z geografii. A dlaczego się nie nauczył? Bo musiał iść na grilla. I zrobił to chociaż kazałam mu się iść uczyć. Także już z większą premedytacją tego zrobić nie było można. I jak tu niby spowodować, żeby się poczuł odpowiedzialny za to co robi? Ja nie wiem. Zatem zapowiedziałam mu że ma szlaban do końca roku szkolnego, czyli przez najbliższy miesiąc, skoro bez tego nie rozumie, że czas skończyć się opierdalać i wziąć się za naukę. Tak się zbulwersowałam, że masakra. I przez chwilę mi było niefajnie, że się tak uniosłam, ale już mi przeszło. Widocznie z nim się nie da inaczej. Próbowałam rozmawiać jak z dorastającym, myślącym człowiekiem. Efekt tego jest taki, że zmienił szkołę w ostatniej klasie gimnazjum, zjechał dramatycznie z ocenami w dół, tak samo z frekwencją i obawiam się, czy w ogóle zda. A jeśli zda, to czy się dostanie do jakiejś dobrej szkoły.
O tej szkole rozmawiałam z terapeutką. Bo martwię się, ze on chce iść do technikum mechanicznego, myśli o tym, żeby zostać mechanikiem. Przy tym jaki jest wpływowy, a to takie pijące środowisko, obawiałam się czy to dobry pomysł. Ale terapeutka mówi, że tak samo można znaleźć przeciwskazania do pracy w każdym zawodzie, nawet lekarze są narażeni na łatwy dostęp do środków farmakologicznych i mogą mieć problem z narkotykami. No coś w tym jest.
Piotrek zaczął chodzić na terapię. Był już dwa razy. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że najwyraźniej uznał, że jednak sam sobie z tym nie poradzi. Ale ja znowu się wypaliłam w tym wszystkim. Czuję się jak żółw, który siedzi w skorupie, bo co wystawi głowę, to obrywa. No to chowa się do środka i przestaje wychodzić. I wkurza mnie to. Chciałabym kochać i być kochana. Ale trudno mi znowu zaufać. Czy jest jeszcze taka możliwość, żebyśmy byli razem? Wydaje mi się, że nie.
Ale na razie nadal tu jestem, chociaż mam wrażenie że moje dni tutaj są policzone. Tak jak postanowiłam, nie kupuję niczego do domu. Ostatnio tylko klamki dzieciom do pokoi. I czekam. Zapytałam czy skończy tę garderobę czy mam kogoś poszukać, kto dokończy. Bo mam już dosyć biegania po wszystkich strychach żeby skompletować ubranie. Tak samo nie kupię rolet na okna dopóki nie zostaną pomalowane farbą, która stoi od zeszłego roku. Powiedział, ze zrobi to do końca miesiąca. Jest to fizycznie możliwe jak najbardziej. Nawet skończył kłaść panele w ten weekend. Ja pojechałam z Dominiką do mamy. Poszłyśmy na rolki, potem Dominika zaliczyła "Noc muzeów". I starałam się nie mieć wyrzutów sumienia z tego powodu. On się nie martwił, jak zostawiał mnie samą w domu bo się musiał napić.
Kupuję dzieciom ubrania bez kombinacji typu kopanie po lumpeksach i na allegro, żeby było taniej, bo nie zawsze się da, więc sobie odpuszczam. I mam zamiar jechać na urlop do Krakowa i na Śląsk. W dupie mam strychy, remonty czy schody. Jak chce to skończyć, to niech to robi z własnych funduszy. Nie oddaje mi wszystkich pieniędzy a jeszcze mówi, żebym mu na busa dała, jak na terapię miał jechać. Najlepiej, jakby się mógł samochodem wozić, hrabia! Ja od czerwca ub. roku zasuwałam busami i jakoś dałam radę. A jak potrafił zorganizować sobie kasę na picie to i na busa niech sobie zorganizuje. Nie dałam mu pieniędzy i jakoś dojechał.
Złośliwa jestem, czy co? Powinnam się cieszyć, że zaczął chodzić do poradni, hehe. A jakoś wcale nie mam ochoty mu tego ułatwiać.
Niedługo koniec cyklu mojej terapii grupowej. Trwa ona mniej więcej rok, a ja zaczęłam właśnie pod koniec czerwca. Czas pomyśleć poważnie o podsumowaniu tego roku, muszę napisać na koniec pracę, którą przeczytam wszystkim. Mam jeszcze trochę czasu...
A w pracy dowiedziałam się dzisiaj, że odchodzi osoba, bez której trudno mi sobie wyobrazić dalszą pracę. Jeszcze kilka takich sytuacji i naprawdę niewiele będzie mnie tu trzymało :( Na razie szykują się kolejne zmiany, co jest ciekawe i załamujące jednocześnie. Ciekawe, bo nowe obowiązki dochodzą, załamujące, bo pewnie przybędzie obowiązków. Trzeba się będzie dobrze zorganizować, żeby to ogarnąć.
poniedziałek, 28 kwietnia 2014
Wątpliwości jest mnóstwo, zwłaszcza, że moje podejrzenia się nie potwierdziły - Dominika nie miała większych oporów aby zaakceptować przedstawioną jej opcję. Pokazała zresztą całkiem rozsądne i dojrzałe podejście do tematu. Jasiek jest na "nie" - nie wyobraża sobie nauki w angielskiej szkole. Dylematy, dylematy...
Mogłabym zostawić Dominikę, aby skończyła gimnazjum, ale nie ma opcji, żebym zostawiła Jaska. Na razie - OMG! OMG! OMG! - złożyłam aplikację, żeby zobaczyć co z tego wyjdzie i w międzyczasie zdobyć więcej informacji o szkołach na miejscu. Gdyby powiodło mi się, a Jasiek nadal nie chciał wyjechać, to się wycofam. Tak sobie to ustaliłam w pracy.
Mogłabym zostawić Dominikę, aby skończyła gimnazjum, ale nie ma opcji, żebym zostawiła Jaska. Na razie - OMG! OMG! OMG! - złożyłam aplikację, żeby zobaczyć co z tego wyjdzie i w międzyczasie zdobyć więcej informacji o szkołach na miejscu. Gdyby powiodło mi się, a Jasiek nadal nie chciał wyjechać, to się wycofam. Tak sobie to ustaliłam w pracy.
piątek, 25 kwietnia 2014
OMG. OMG. OMG.
Dowiedziałam się dzisiaj, że mogę aplikować na stanowisko Client Service Managera w firmie w której pracuję, tylko że w jej angielskim oddziale!
Od tego momentu cały czas rozkminiam tę opcję. I mimo pierwotnego ataku paniczki, po namyśle widzę sporo plusów. Bo nie mogę podejść do tematu, że złożę sobie CV, w ramach zdobywania doświadczenia w rozmowach kwalifikacyjnych, ponieważ mam spore szanse żeby dostać to stanowisko. A wtedy wyjazd na stałe! Jedyne co budzi najwięcej obaw, to nastawienie Robaków. Muszę z nimi o tym porozmawiać. Nie wyobrażam sobie ich tu zostawić. A tam też otworzyłyby się dla nich nowe perspektywy. Jasiek kończy gimnazjum, więc nic nie stoi na przeszkodzie.
Sytuacja z Piotrkiem ma tu duże znaczenie. Gdyby były widoki, że weźmie się za siebie, to nie myślałabym o wyjeździe. Ale ostatnio odebrał mi kolejny raz złudzenia co do tego, że coś się zmieni. Więc ja miałabym szansę coś zmienić. Zdobyć nowe doświadczenia.
Ale muszę sobie wszystko dobrze przemyśleć.
Prawda jest taka, że naprawdę dobrze mi tutaj. Mam moje ścieżki rowerowe, niedaleko morze, chór, morsowanie, wielu przyjaciół. W pracy świetnych ludzi, z którymi się bardzo dobrze pracuje, na których można liczyć.
Obawy mam takie, że stanęłam w miejscu, że jestem w tej pracy już 6 lat i warto by rozwijać się dalej. Że jak nic nie zmienię, to za jakiś czas będzie trudno znaleźć dobrą pracę. Albo niech się coś stanie z firmą i wtedy będzie trzeba szukać czegoś innego. Ze będę musiała się martwić, czy mi starczy na wszystko kasy. Takie trochę obawy o przyszłość.
Tam mogę wyjechać bez obaw, że jadę w ciemno, bo znam ludzi z którymi bym pracowała. Znam specyfikę, wiem o co kaman. To bardzo komfortowa sytuacja, jak już stawać w obliczu takiej konieczności. A z nabytymi doświadczeniami można iść gdzieś dalej, z już chyba mniejszymi obawami, że nie znajdę czegoś lepszego.
Nie wiem, co dzieci powiedzą na to, ale ja chciałabym zaaplikować. Zabrałabym ze sobą Jaśka, Dominika może chciałaby skończyć gimnazjum tutaj...Ale potem miałaby też szersze możliwości.
Dowiedziałam się dzisiaj, że mogę aplikować na stanowisko Client Service Managera w firmie w której pracuję, tylko że w jej angielskim oddziale!
Od tego momentu cały czas rozkminiam tę opcję. I mimo pierwotnego ataku paniczki, po namyśle widzę sporo plusów. Bo nie mogę podejść do tematu, że złożę sobie CV, w ramach zdobywania doświadczenia w rozmowach kwalifikacyjnych, ponieważ mam spore szanse żeby dostać to stanowisko. A wtedy wyjazd na stałe! Jedyne co budzi najwięcej obaw, to nastawienie Robaków. Muszę z nimi o tym porozmawiać. Nie wyobrażam sobie ich tu zostawić. A tam też otworzyłyby się dla nich nowe perspektywy. Jasiek kończy gimnazjum, więc nic nie stoi na przeszkodzie.
Sytuacja z Piotrkiem ma tu duże znaczenie. Gdyby były widoki, że weźmie się za siebie, to nie myślałabym o wyjeździe. Ale ostatnio odebrał mi kolejny raz złudzenia co do tego, że coś się zmieni. Więc ja miałabym szansę coś zmienić. Zdobyć nowe doświadczenia.
Ale muszę sobie wszystko dobrze przemyśleć.
Prawda jest taka, że naprawdę dobrze mi tutaj. Mam moje ścieżki rowerowe, niedaleko morze, chór, morsowanie, wielu przyjaciół. W pracy świetnych ludzi, z którymi się bardzo dobrze pracuje, na których można liczyć.
Obawy mam takie, że stanęłam w miejscu, że jestem w tej pracy już 6 lat i warto by rozwijać się dalej. Że jak nic nie zmienię, to za jakiś czas będzie trudno znaleźć dobrą pracę. Albo niech się coś stanie z firmą i wtedy będzie trzeba szukać czegoś innego. Ze będę musiała się martwić, czy mi starczy na wszystko kasy. Takie trochę obawy o przyszłość.
Tam mogę wyjechać bez obaw, że jadę w ciemno, bo znam ludzi z którymi bym pracowała. Znam specyfikę, wiem o co kaman. To bardzo komfortowa sytuacja, jak już stawać w obliczu takiej konieczności. A z nabytymi doświadczeniami można iść gdzieś dalej, z już chyba mniejszymi obawami, że nie znajdę czegoś lepszego.
Nie wiem, co dzieci powiedzą na to, ale ja chciałabym zaaplikować. Zabrałabym ze sobą Jaśka, Dominika może chciałaby skończyć gimnazjum tutaj...Ale potem miałaby też szersze możliwości.
wtorek, 8 kwietnia 2014
Takie mi dzisiaj luźne myśli chodzą po głowie, mam wrażenie, ze dość ważne i czuję potrzebę ich spisania.
Ostatnio w pracy wspieramy grupę osób rzucających palenie, dodatkowo są też grupy walczące z kilogramami - ot, każdy chce trochę pozbyć się swoich nałogów. Zaczynając zebranie czasem dla żartów witamy się jak na spotkaniu AA: "jestem Paweł i mam problem z paleniem/piciem", itp. I dzisiaj moja koleżanka stwierdziła, że ona nie ma żadnego nałogu, bo kiedy czuje, że coś mogłoby ją pochłonąć za bardzo, to natychmiast przestaje się tym zajmować. Powiedziała, że to chyba wynika z lekkiej obsesji, żeby nie wpaść w żaden nałóg, ale ponieważ sama tak nie potrafię, to podziwiam.
A ja ? Mam na imię Ania, mam męża alkoholika i jestem współuzależniona. A poza tym jestem uzależniona od słodyczy i facebooka.
Miałam kilka dni urlopu, już trzy tygodnie temu. Pojechałam na cztery dni do mamy. W tym czasie jednego dnia nie mogłam dodzwonić się do Piotrka, a miałam ważną sprawę, gdyż w ostatniej chwili dowiedziałam się że u Dominiki w szkole jest zebranie i chciałam żeby poszedł. Zanim jeszcze wróciłam od mamy dowiedziałam się, że nie było go cały dzień w domu i wrócił pijany. A nie pił od listopada. No cóż. Zrobiło mi się przykro, tak mi się wydawało. Po dwóch spotkaniach terapeutycznych, indywidualnym i grupowym dochodzę do wniosku, że to było coś więcej. Ze dałam się wmanewrować alkoholikowi w jego wyobrażenie, że ma wszystko pod kontrolą Ponadto sam w rozmowie stwierdził, że przecież on nie ma problemu, a że się napił, to co z tego, przecież nie pił 5 miesięcy! To najlepiej pokazuje jakie ma podejście. I pokazuje mi, że jednak uwierzyłam, że może mu się uda bez terapii.
Mam za zadanie zastanowić się co jest dla mnie ważne. To się nazywa ustalaniem granic. 9 miesięcy terapii, a ja się czuję jakbym niczego się nie nauczyła. Powiedziałam dzisiaj, że mam wrażenie że się uwsteczniam wręcz. Ale dziewczyny dodały mi otuchy, mówiąc że powinnam się cieszyć, bo może wreszcie mi spadły ostatnie łuski z oczu. Mi się już wydawało, że jestem taka zaawansowana. Ale to prawda co mówią, że tak jak zdarzają się nawroty w alkoholizmie, tak i zdarzają się nawroty we współuzależnieniu, polegające na powrocie do starych schematów.
Drugie zadanie domowe, to określić swoje potrzeby i zacząć realizować chociaż trzy z nich. Jadąc do domu zastanawiałam się nad tym. Przez te wszystkie lata zaspokajałam swoje potrzeby w minimalnym stopniu, spychałam je tak jak uczucia, na bardzo daleki plan. Czas zacząć dbać o swoje potrzeby. Pierwsza i najważniejsza, to potrzeba poczucia bezpieczeństwa. Kiedyś, dawno temu dawał mi ją Piotrek. Teraz czuję się bezpiecznie, gdy wiem, że mi starczy pieniędzy do wypłaty. Dlatego po tym jak na konto wpłynęła mi roczna premia bardzo dokładnie zaplanowałam na co ją wydam. Przede wszystkim spłacę debet i zostawię sobie trochę pieniędzy na wszelki wypadek. Planuję założyć sobie osobne konto na takie małe oszczędności. Ponadto chciałam wybrać się do lekarza, zająć się swoimi żylakami no i kupić sobie coś do ubrania, bo chodzę albo w starych szmatach, a jeśli mam coś "nowego" to z lumpeksu. Ale i tak moje plany zaczęły się zmieniać bo tu listwy potrzebne, umywalka do łazienki, lampy do pokoju, klamki do drzwi dzieci i rolety dla nich na okna. I stolik i stół i narożnik... Wizja leczenia żylaków i zakupu nowych ubrań zaczęła odpływać w dal, a mi wróciło niefajne samopoczucie, jakbym była wykorzystywana, czy coś w tym stylu. Chyba dzisiejsza terapia mnie trochę ocuciła. Zamówiłam narożnik, kupię klamki i rolety. I to wszystko. Reszta poczeka. Zwłaszcza, że pomimo iż wszystko co potrzeba jest kupione w dalszym ciągu nie jest zrobiona garderoba, nie jest zamontowany prysznic w łazience. Kran w łazience teściów się popsuł, nowy został kupiony w lutym, ale jeszcze nie dostąpił zaszczytu bycia zamontowanym! Dlaczego stale to mi ma bardziej zależeć?
Co mnie jeszcze wkurza? Że moja rodzina bardzo rzadko poczuwa się do pomocy w sprzątaniu i wszystko jest na mojej głowie. I w tym przypadku, tak jak i w opisanym wyżej zachodzi u mnie ten sam mechanizm: przesadna chęć kontrolowania wszystkiego i przerośnięte poczucie obowiązku. Piotrek mi raczej nie narzuca co mamy kupić, a jeszcze tym bardziej mi nie broni żebym sobie coś kupowała, wręcz to pochwala. To ja sama sobie żałuję, bo mam poczucie świadomości ile jeszcze jest innych wydatków. Zresztą z jego strony to czasem nieświadomie obłudne było, bo nie bronił mi kupować czegoś sobie, ale nie przykładał się do budżetu w zimowe miesiące, nie kombinował co zrobić, żeby starczyło do wypłaty, itp. Byłam z tym sama i niczego z tym nie robiłam, bo uważałam, że nikt poza mną tego nie ogarnie, muszę sobie sama poradzić. I ta samokrytyka, jaka to jestem beznadziejna w zarządzaniu budżetem domowym. A jeśli chodzi o sprzątanie, to co by się stało, jeśli te ciuchy brudne nie zostaną przeze mnie zaniesione do kosza na bieliznę? Albo co z tego, że pokój czy łazienka nie będą sprzątnięte? Dlaczego tylko mi to przeszkadza?
Mam problem jak postępować, żeby nie zachowywać się jak typowa współuzależniona osoba. Jednak jestem tępa, jeśli chodzi o przyswajanie tej wiedzy. Nie powinnam zresztą tak o sobie mówić ;)
Tak czy inaczej postanowiłam, że kupię te niezbędne rzeczy, a co do reszty to zrobię to co wcześniej planowałam. Wybiorę się z nogą do lekarza. Kupię sobie coś nowego. Odłożę na konto trochę pieniędzy, żebym nie musiała zaraz znowu od kogoś pożyczać. Powinnam się zająć sobą.
Ostatnio w pracy wspieramy grupę osób rzucających palenie, dodatkowo są też grupy walczące z kilogramami - ot, każdy chce trochę pozbyć się swoich nałogów. Zaczynając zebranie czasem dla żartów witamy się jak na spotkaniu AA: "jestem Paweł i mam problem z paleniem/piciem", itp. I dzisiaj moja koleżanka stwierdziła, że ona nie ma żadnego nałogu, bo kiedy czuje, że coś mogłoby ją pochłonąć za bardzo, to natychmiast przestaje się tym zajmować. Powiedziała, że to chyba wynika z lekkiej obsesji, żeby nie wpaść w żaden nałóg, ale ponieważ sama tak nie potrafię, to podziwiam.
A ja ? Mam na imię Ania, mam męża alkoholika i jestem współuzależniona. A poza tym jestem uzależniona od słodyczy i facebooka.
Miałam kilka dni urlopu, już trzy tygodnie temu. Pojechałam na cztery dni do mamy. W tym czasie jednego dnia nie mogłam dodzwonić się do Piotrka, a miałam ważną sprawę, gdyż w ostatniej chwili dowiedziałam się że u Dominiki w szkole jest zebranie i chciałam żeby poszedł. Zanim jeszcze wróciłam od mamy dowiedziałam się, że nie było go cały dzień w domu i wrócił pijany. A nie pił od listopada. No cóż. Zrobiło mi się przykro, tak mi się wydawało. Po dwóch spotkaniach terapeutycznych, indywidualnym i grupowym dochodzę do wniosku, że to było coś więcej. Ze dałam się wmanewrować alkoholikowi w jego wyobrażenie, że ma wszystko pod kontrolą Ponadto sam w rozmowie stwierdził, że przecież on nie ma problemu, a że się napił, to co z tego, przecież nie pił 5 miesięcy! To najlepiej pokazuje jakie ma podejście. I pokazuje mi, że jednak uwierzyłam, że może mu się uda bez terapii.
Mam za zadanie zastanowić się co jest dla mnie ważne. To się nazywa ustalaniem granic. 9 miesięcy terapii, a ja się czuję jakbym niczego się nie nauczyła. Powiedziałam dzisiaj, że mam wrażenie że się uwsteczniam wręcz. Ale dziewczyny dodały mi otuchy, mówiąc że powinnam się cieszyć, bo może wreszcie mi spadły ostatnie łuski z oczu. Mi się już wydawało, że jestem taka zaawansowana. Ale to prawda co mówią, że tak jak zdarzają się nawroty w alkoholizmie, tak i zdarzają się nawroty we współuzależnieniu, polegające na powrocie do starych schematów.
Drugie zadanie domowe, to określić swoje potrzeby i zacząć realizować chociaż trzy z nich. Jadąc do domu zastanawiałam się nad tym. Przez te wszystkie lata zaspokajałam swoje potrzeby w minimalnym stopniu, spychałam je tak jak uczucia, na bardzo daleki plan. Czas zacząć dbać o swoje potrzeby. Pierwsza i najważniejsza, to potrzeba poczucia bezpieczeństwa. Kiedyś, dawno temu dawał mi ją Piotrek. Teraz czuję się bezpiecznie, gdy wiem, że mi starczy pieniędzy do wypłaty. Dlatego po tym jak na konto wpłynęła mi roczna premia bardzo dokładnie zaplanowałam na co ją wydam. Przede wszystkim spłacę debet i zostawię sobie trochę pieniędzy na wszelki wypadek. Planuję założyć sobie osobne konto na takie małe oszczędności. Ponadto chciałam wybrać się do lekarza, zająć się swoimi żylakami no i kupić sobie coś do ubrania, bo chodzę albo w starych szmatach, a jeśli mam coś "nowego" to z lumpeksu. Ale i tak moje plany zaczęły się zmieniać bo tu listwy potrzebne, umywalka do łazienki, lampy do pokoju, klamki do drzwi dzieci i rolety dla nich na okna. I stolik i stół i narożnik... Wizja leczenia żylaków i zakupu nowych ubrań zaczęła odpływać w dal, a mi wróciło niefajne samopoczucie, jakbym była wykorzystywana, czy coś w tym stylu. Chyba dzisiejsza terapia mnie trochę ocuciła. Zamówiłam narożnik, kupię klamki i rolety. I to wszystko. Reszta poczeka. Zwłaszcza, że pomimo iż wszystko co potrzeba jest kupione w dalszym ciągu nie jest zrobiona garderoba, nie jest zamontowany prysznic w łazience. Kran w łazience teściów się popsuł, nowy został kupiony w lutym, ale jeszcze nie dostąpił zaszczytu bycia zamontowanym! Dlaczego stale to mi ma bardziej zależeć?
Co mnie jeszcze wkurza? Że moja rodzina bardzo rzadko poczuwa się do pomocy w sprzątaniu i wszystko jest na mojej głowie. I w tym przypadku, tak jak i w opisanym wyżej zachodzi u mnie ten sam mechanizm: przesadna chęć kontrolowania wszystkiego i przerośnięte poczucie obowiązku. Piotrek mi raczej nie narzuca co mamy kupić, a jeszcze tym bardziej mi nie broni żebym sobie coś kupowała, wręcz to pochwala. To ja sama sobie żałuję, bo mam poczucie świadomości ile jeszcze jest innych wydatków. Zresztą z jego strony to czasem nieświadomie obłudne było, bo nie bronił mi kupować czegoś sobie, ale nie przykładał się do budżetu w zimowe miesiące, nie kombinował co zrobić, żeby starczyło do wypłaty, itp. Byłam z tym sama i niczego z tym nie robiłam, bo uważałam, że nikt poza mną tego nie ogarnie, muszę sobie sama poradzić. I ta samokrytyka, jaka to jestem beznadziejna w zarządzaniu budżetem domowym. A jeśli chodzi o sprzątanie, to co by się stało, jeśli te ciuchy brudne nie zostaną przeze mnie zaniesione do kosza na bieliznę? Albo co z tego, że pokój czy łazienka nie będą sprzątnięte? Dlaczego tylko mi to przeszkadza?
Mam problem jak postępować, żeby nie zachowywać się jak typowa współuzależniona osoba. Jednak jestem tępa, jeśli chodzi o przyswajanie tej wiedzy. Nie powinnam zresztą tak o sobie mówić ;)
Tak czy inaczej postanowiłam, że kupię te niezbędne rzeczy, a co do reszty to zrobię to co wcześniej planowałam. Wybiorę się z nogą do lekarza. Kupię sobie coś nowego. Odłożę na konto trochę pieniędzy, żebym nie musiała zaraz znowu od kogoś pożyczać. Powinnam się zająć sobą.
Subskrybuj:
Posty (Atom)