Zostały mi jeszcze 4 dni zaległego urlopu i nadarzyła się okazja, żeby go wykorzystać i oto znowu mam urlop :) Od rana piękne słońce zachęcało do spędzenia czasu w jedyny słuszny sposób, ale pozwoliłam sobie pospać do 9:30 po tym jak z rana wyekspediowałam dzieci do szkoły. Potem trochę porządków w domu i w końcu na rower :)
Była nawet okazja żeby wystawić trochę paszczę do słońca po drodze - pełen relaks. Ale powietrze jeszcze zimne, zwłaszcza gdy się jedzie rowerem, na szczęście byłam odpowiednio ciepło ubrana.
Po powrocie do domu ulubiona kawka i nadrobienie zaległości serialowych. Zazwyczaj oglądam w TV, ale w tym tygodniu zaczęły się nowe sezony moich ulubionych "Lekarzy" i "Prawa Agaty", których nie oglądałam. Więc włączyłam sobie TVN Player i tak zleciało popołudnie. No cóż, to jakaś odmiana, ostatnio spędzam czas raczej aktywnie, niż pod kocem z pilotem ;) Ale już jutro znowu cały dzień zaplanowany. Wybieram się do chirurga z moją nogą, na której znowu pojawił się żylak i chciałabym coś z tym zrobić. Ale zanim do niego dotrę skorzystam z ostatnich dni funkcjonowania lodowiska :) Poza tym połażę po sklepach, odwiedzę dziewczyny z którymi dawno się nie widziałam. A po wizycie u lekarza wracam busem na zebranie Klubu Morsów - mają być wybory nowego prezesa i chyba zapłacę w końcu składkę członkowską :) Na próbę chóru już .chyba raczej nie zdążę...
Natomiast w sobotę zawody strzeleckie - jedziemy drużyną z pracy. Mam nadzieję, że może w końcu wstydu nie będzie ;)
bo ważne jest to co TU i TERAZ
czwartek, 28 lutego 2013
niedziela, 10 lutego 2013
X Międzynarodowy Zlot Morsów Mielno 2013
Pogoda dopisała idealnie - było słonecznie i mroźno. Była też rekordowa liczba uczestników - do wody weszło 1725 morsów i foczek. Tylko szkoda, że plaża w Mielnie w porównaniu z kołobrzeską jest taka wąska. Moje przebranie się sprawdziło, kości zamiast z masy solnej uszyte zostały z materiału przez mojego uzdolnionego małżona :)
wtorek, 5 lutego 2013
foczką być
Od pierwszego zanurzenia się w lodowatej wodzie 6-go stycznia nie opuściłam żadnej niedzieli, z wyjątkiem ostatniej, czyli mam już za sobą 4 kąpiele. W tygodniu nie mogę się doczekać do niedzieli, natomiast jak już nadchodzi to mam motyle w brzuchu jak kiedyś przed klasówką. Ale potem znowu satysfakcja, kop energetyczny i ładunek pozytywnego nastawienia do naszej szerokości geograficznej, jej plusów i minusów :) No i szykuje się kolejny Międzynarodowy Zlot Morsów - taki bardziej z tradycjami, odbywający się co roku w Mielnie - tym razem jubileuszowy, bo X. Podoba mi się jak organizowane są takie przedsięwzięcia - ponieważ zjeżdża się dużo ludzi ważne jest zapewnienie bezpieczeństwa.W Mielnie nie można wziąć udziału w kąpieli bez zgłoszenia wcześniej tego udziału. Otrzymuje się wtedy specjalną opaskę, jakiś pakiet upominków do tego, oczywiście odpłatnie, ale cóż. Podobno będzie bicie rekordu Guinessa :) Większość uczestników się przebiera, moja koleżanka, z którą razem zaczęłyśmy morsowanie również ma w planach przebrać się za hawajkę. Natomiast ja nie miałam pomysłu, aż do przedwczoraj: przebiorę się za jaskiniowca :))) Kupiłam już w lumpeksie chustę w panterkę, Dominika mi zrobi kości z masy solnej, które sobie zawieszę na szyi i jako bransoletkę, mam drewnianą maczugę taką małą, w sam raz też do powieszenia na szyi, do tego nogi nie golone od stycznia... Żartuję! Do tego się nie posunę nawet w imię przebrania ;))) Tylko nie wiem co na głowę, jakaś rozczochrana peruka by się przydała...
poniedziałek, 4 lutego 2013
urlopik
Jeśli chodzi o ostatni wpis, to nie będziemy się tym na razie zajmować, ponieważ - tak jak w tytule - mam urlop!
Przeważnie na wolne dni mam jakieś plany poza tym, co każdy lubi, czyli leniuchowaniem. Tak się złożyło, że już dzisiaj, pierwszego dnia urlopu, odwaliłam połowę urlopowej listy "to do":
Przeważnie na wolne dni mam jakieś plany poza tym, co każdy lubi, czyli leniuchowaniem. Tak się złożyło, że już dzisiaj, pierwszego dnia urlopu, odwaliłam połowę urlopowej listy "to do":
- odbyłam co-półroczny przegląd ginekologiczny
- oddałam krew i nawet dostarczyłam swoje aktualne zdjęcie celem wyrobienia wreszcie legitymacji
- odwiedziłam fryzjerkę zgodnie z postanowieniem niedopuszczenia do zapuszczenia
- uzupełnić kronikę chóru
- wystawić trochę rzeczy na allegro
- dokończyć czytanie żebym mogła oddać książki do biblioteki
środa, 30 stycznia 2013
Ale jestem zdezorientowana...
Odkąd pracuję w tej firmie zawsze polegałam na intuicji, zwłaszcza w kwestiach związanych z zarządzaniem ludźmi. Z czasem proporcje zaczynały się odwracać aż do momentu, w którym moja praca powinna głównie sprowadzać się do zarządzania ludźmi. Po drodze miały miejsce szkolenia w tym obszarze, do tego czytam też sporo na ten temat, staram się wyciągać wnioski i wprowadzać w życie to, co w moim odczuciu się może przydać lub przynieść korzyści.
Co pół roku mamy zwyczaj zbierania opinii zwrotnych i opinia moich najbliższych podwładnych spowodowała, że jestem totalnie pogubiona w tym momencie. Wygląda na to, że to co tak usilnie i w dobrej wierze próbowałam wprowadzić po szkoleniach jest psu na budę, bo powoduje, że nie jestem naturalna w tym co robię. Do tego "rządzę się" i wydaję polecenia, zachowuję się jak "żandarm" i "władca". Jestem chodzącym demotywatorem dla tych dwóch osób.
A kwestia udzielania, a raczej nie udzielania urlopów to już w ogóle tragedia w moim wykonaniu - powoduję poczucie winy i konieczność tłumaczenia się u ludzi, że chcą wolne, hehe.
Zgodzę się częściowo z tym, że za bardzo staram się kontrolować, a w sumie w przypadku tych dwóch osób nie ma takiej konieczności. Ale co do pozostałym stwierdzeń, to muszę chyba zasięgnąć opinii jeszcze innych. Hmmm, podobno nawet moja mowa ciała jest niewłaściwa: jak staję to na lekko rozstawionych nogach i podpieram się pod boki, co raczej wygląda bojowo.
Trochę mi się śmiać chce, że taka jestem straszna. Podobno niektórzy się boją do mnie podejść...
Oczywiście w takich sytuacjach zastanawiam się, czy ja się nadaję do tej pracy. Chociaż moi przełożeni twierdzą, że jak najbardziej i przypominają, że inaczej nie zajmowałabym tego stanowiska. To w takim razie nasuwa się kolejne pytanie: czy zarządzanie zespołem to jest to, co chciałabym robić. Inaczej też jest zarządzać pracownikami szeregowymi, a inaczej ambitnymi i wymagającymi. Ja nie narzekam, dzięki temu mam motywację do ciągłego rozwoju w tym zakresie. Tylko czy to mnie kręci? Generalnie podejmuję się każdego postawionego przede mną wyzwania, jak do tej pory z sukcesem. Ale może to stanowisko mnie przerasta, może to nie moja bajka? Może niepotrzebnie się męczę?
Masakra, muszę dojść z tym do ładu.
Odkąd pracuję w tej firmie zawsze polegałam na intuicji, zwłaszcza w kwestiach związanych z zarządzaniem ludźmi. Z czasem proporcje zaczynały się odwracać aż do momentu, w którym moja praca powinna głównie sprowadzać się do zarządzania ludźmi. Po drodze miały miejsce szkolenia w tym obszarze, do tego czytam też sporo na ten temat, staram się wyciągać wnioski i wprowadzać w życie to, co w moim odczuciu się może przydać lub przynieść korzyści.
Co pół roku mamy zwyczaj zbierania opinii zwrotnych i opinia moich najbliższych podwładnych spowodowała, że jestem totalnie pogubiona w tym momencie. Wygląda na to, że to co tak usilnie i w dobrej wierze próbowałam wprowadzić po szkoleniach jest psu na budę, bo powoduje, że nie jestem naturalna w tym co robię. Do tego "rządzę się" i wydaję polecenia, zachowuję się jak "żandarm" i "władca". Jestem chodzącym demotywatorem dla tych dwóch osób.
A kwestia udzielania, a raczej nie udzielania urlopów to już w ogóle tragedia w moim wykonaniu - powoduję poczucie winy i konieczność tłumaczenia się u ludzi, że chcą wolne, hehe.
Zgodzę się częściowo z tym, że za bardzo staram się kontrolować, a w sumie w przypadku tych dwóch osób nie ma takiej konieczności. Ale co do pozostałym stwierdzeń, to muszę chyba zasięgnąć opinii jeszcze innych. Hmmm, podobno nawet moja mowa ciała jest niewłaściwa: jak staję to na lekko rozstawionych nogach i podpieram się pod boki, co raczej wygląda bojowo.
Trochę mi się śmiać chce, że taka jestem straszna. Podobno niektórzy się boją do mnie podejść...
Oczywiście w takich sytuacjach zastanawiam się, czy ja się nadaję do tej pracy. Chociaż moi przełożeni twierdzą, że jak najbardziej i przypominają, że inaczej nie zajmowałabym tego stanowiska. To w takim razie nasuwa się kolejne pytanie: czy zarządzanie zespołem to jest to, co chciałabym robić. Inaczej też jest zarządzać pracownikami szeregowymi, a inaczej ambitnymi i wymagającymi. Ja nie narzekam, dzięki temu mam motywację do ciągłego rozwoju w tym zakresie. Tylko czy to mnie kręci? Generalnie podejmuję się każdego postawionego przede mną wyzwania, jak do tej pory z sukcesem. Ale może to stanowisko mnie przerasta, może to nie moja bajka? Może niepotrzebnie się męczę?
Masakra, muszę dojść z tym do ładu.
niedziela, 13 stycznia 2013
uppps, I did it again ;)
Myślałam, że jak się już raz odważyłam wejść do wody zimą, to dalej będzie z górki. Z rosnącym niepokojem obserwowałam jednakże zmiany w pogodzie i zapowiedzi mrozu oraz śniegu, tracąc szybko złudzenia, że będzie tak jak ostatnio. I znowu się trzeba było nastawiać psychicznie na wejście do wody, tym razem na mrozie i w śniegu... Ale i w słońcu :)
Ale udało się, zrobiłam to!
Teraz czuję się pełnoprawnym morsem, oby tylko mi kły nie wyrosły ;)
Ale udało się, zrobiłam to!
Teraz czuję się pełnoprawnym morsem, oby tylko mi kły nie wyrosły ;)
niedziela, 6 stycznia 2013
moje prywatne Kilimandżaro...
...dzisiaj osiągnęłam! Tym właśnie dla mnie miało być zdobycie się na odwagę aby wejść o tej porze roku do Bałtyku razem z morsami.
Dzisiaj kolejny raz przekonałam się, że naprawdę mało wiemy o tym, na co nas stać. Kiedyś w życiu bym nie pomyślała, że będę 5 rano jeździć do pracy rowerem. Ale jeszcze bardziej bym nie pomyślała, że wejdę do morza w styczniu :)
Dodam tylko, że w tym wszystkim chodzi o przyjemność lub satysfakcję. Dlatego nie podejrzewam siebie o np. skok ze spadochronem, ponieważ z wiekiem też dowiaduję się, gdzie są moje granice ;)
Dzisiaj kolejny raz przekonałam się, że naprawdę mało wiemy o tym, na co nas stać. Kiedyś w życiu bym nie pomyślała, że będę 5 rano jeździć do pracy rowerem. Ale jeszcze bardziej bym nie pomyślała, że wejdę do morza w styczniu :)
Dodam tylko, że w tym wszystkim chodzi o przyjemność lub satysfakcję. Dlatego nie podejrzewam siebie o np. skok ze spadochronem, ponieważ z wiekiem też dowiaduję się, gdzie są moje granice ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)





