bo ważne jest to co TU i TERAZ

środa, 15 lutego 2012

newsletter remontowy

Chyba wspominałam, że od stycznia ruszyliśmy znowu z remontem. Chodzi o to, że uznałam, że nie ma co czekać na nie wiadomo jaki przypływ gotówki, tylko działać z nawet niewielkimi funduszami, a dodatkowo trzeba było wykorzystać wolny czas mojego męża, który aktualnie ze względu na aurę jest bezrobotny.
Poniżej efekty - antresola skończona:


Pigment użyty do osiągnięcia koloru nazywał się "brunatny". Ciekawe, że po rozmieszaniu go w farbie wyszedł nam bardziej "brudny róż" niż cokolwiek brunatnego. Ale nawet ładne wyszło, także nie mam pretensji. Natomiast pasy przy oknach zrobione zostały z mieszanki o maksymalnym nasyceniu pigmentem i wyszedł kolor niemalże czekoladowy, który naprawdę ładnie komponuje się z tym "brudnym różem" :) Pasy są dlatego, że lubię akcenty w zdecydowanych kolorach, np. cała ściana, ale przy tych skosach, to tak jakoś trudno wytypować która to miałaby być ściana. Poza tym pasy te mogą być praktyczne zważywszy na to, że Muflon uparcie wspina się łapami - nie zawsze czystymi - do okien chcąc się następnie rzucić z dachu.

Wyprowadzkę na strych planuję na ten rok. Chyba że wcześniej mąż mój wyprowadzi mnie z równowagi i się wyprowadzę. Nie na strych.

pani Maria

Cieszę się, że chociaż raz - no może nie pierwszy raz - zainteresowałam się jakąś postacią zanim umarła. To całe zamieszanie wokół czyjejś śmierci powoduje czasem, że zaczynam się kimś interesować pośmiertnie właśnie i wkurzam się, że tak późno, np. tak było z Pavarottim, czy Wisławą Szymborską. Chociaż to bez znaczenia, bo i tak bym chyba nie poznała Pavarottiego. Czy Szymborskiej. Ale głupio tak - dopiero po śmierci.
Ale wracając do tematu. Zainteresowała mnie osoba pani Marii Czubaszek i przeczytałam książkę - wywiad Artura Andrusa "Każdy szczyt ma swój Czubaszek". To niesamowita, nietuzinkowa osoba. Jestem za małe miki, żeby tu jakieś analizy przeprowadzać, ale ma świetne poczucie humoru, więc sobie zacytuję:

Nie było rozmowy

Temperatura w cieniu dochodziła do trzydziestu pięciu stopni. Plus. A on był w futrze. Brąz.
- Nie gorąco panu w tym futrze?
- Gorąco. A panu nie gorąco bez futra?
- Jeszcze jak! Dlatego się dziwię, że pan tak w tym futrze...
- Skoro panu bez futra także gorąco, to co za różnica?
- Też Tez racja. Pan stąd?
- Nie. Stamtąd - wskazał przeciwległy brzeg rzeki.
- Co tam jest?
- Tam - tamy.
- Pan jest Murzynem?
- Nie. Dlaczego?
- Zrozumiałem, że gra pan na tam-tamach.
- Źle pan zrozumiał. nie gram na tam - tamach, tylko pracuję przy tamach. To znaczy teraz ścinamy drzewa na tamy.
- Aha! To pan jest drwalem!
- Nie. Bobrem. Nie widać?
- Szczerze mówiąc, to spod tego futra widać panu tylko nos! Przepraszam... - teraz dopiero dotarło do mnie, co powiedział - kim pan jest?!
- Bobrem.
Pomyślałem, że śnię. Na wszelki wypadek uszczypnąłem go.
- Dlaczego mnie pan szczypie?!? - obruszył się. - Nie wie pan, że bobry są w Polsce pod ochroną?!
- Oczywiście, że wiem... - wyjąkałem. - Wiem wszystko o bobrach, pisałem kiedyś takie skecze. "Dzień dobry, jestem z bobry"...
- Chyba z kobry.
- A jak ja powiedziałem?
- Z bobry.
- To dobrze powiedziałem!
- Co to jest - bobra?
- Drugi przypadek rzeczownika "bóbr". Gramatyka zna takie przypadki. Kto? Co? Bóbr. Kogo? Czego? Bobra. Na przykład symbolem olimpiady w Montrealu był właśnie bobra. Wizerunek zresztą.
- A dlaczego bobra?
- Bo Kogo? Czego? A poza tym dlatego, że w Kanadzie żyją bobry. W Polsce i w Kanadzie.
- Żyjemy poza tym w jednożeństwie.
- Tego akurat nie wiedziałem!
- Ja też. Ale żona przeczytała mi o tym niedawno w encyklopedii. A ja wierzę w encyklopedię!
- A ja nie mogę uwierzyć, że pan jest bobrem!
- Dlaczego?
- Chociażby dlatego, że bobry nie mówią!
- Jest pan tego pewien?!?
- Oczywiście.
- To ja tego nie wiedziałem! Ale tego nie ma nawet w encyklopedii, niestety! No więc skąd mogę wiedzieć, że bobry nie mówią!? Cóż... w takim razie - uśmiechnął się - nie było rozmowy!

("Na wyspach Hula-Gula" rok 1980)

Tak rewelacyjny tekst, że byłam dumna mogąc go przepisać, bo przecież sama bym nigdy takiego czegoś nie napisała. "A dlaczego bobra? Bo Kogo? Czego?" - ze śmiechu się zapowietrzyłam :)))

Podoba mi się jej podejście do życia i pewnych spraw, takie zdroworozsądkowe. Zrewidowałam nawet swoje podejście do palenia papierosów. Raczej nie zacznę palić z fascynacji Marią Czubaszek, ale ok, niech sobie ci co chcą palą. Tylko tak, żeby mi nie śmierdziało. Z wyjątkiem mojego męża oczywiście. Powiedziała, że chce, żeby ją skremować to sobie jeszcze po śmierci puści dymek. A jej mąż - Wojciech Karolak - nazywa ją "zielonymi płucami Warszawy", bo pali mentolowe ;)

cała ona - na Powązkach, w worku, z papierosem - w sesji dla Playboya...

niedziela, 12 lutego 2012

Straszne lenistwo urlopowe mnie ogarnęło... Miałam chodzić na spacery na tym urlopie no i poszłam... raz do Biedronki na zakupy. Jedyne co mi się chce to robić te bransoletki - 17 zrobiłam. Jakby nie patrzeć na razie robię to co lubię ;) Do tego jeszcze mam dwie wydziergane, tylko muszę dokupić plastikowe bransoletki do obleczenia bo mi się już skończyły :) Poza tym wszystko zgodnie z rozkładem: próby chóru, dowożenie Iki do szkoły muzycznej. Aaaa, i impreza do tego była - pierwsze urodziny chóru :)
Cieszy mnie fakt, że wypełniłam już swojego PIT-a. Z zaplanowanych spraw czeka mnie jeszcze co półroczny przegląd ginekologiczny. I skończyłam pisać instrukcję do pracy - straszna kobyła, ale wreszcie mam to z głowy. Zostaną ewentualne poprawki.

niedziela, 5 lutego 2012

urlopik

Okazało się, że mam 15 dni zaległego urlopu (!)... Niestety lub stety nie dane mi było go wziąć w trakcie ferii zimowych, które w tym roku były bardzo wcześnie, od 16-go stycznia. Dostałam polecenie wzięcia urlopu w lutym. Pierwsza moja myśl była taka, że dlaczego nie bliżej wiosny? Ale w sumie, to nawet mi pasuje, a po dłuższym namyśle stwierdziłam, że bardzo mi jest potrzebny. I tak oto mam całe dwa tygodnie wolnego, oraz oczywiście plany co robić, żeby spędzić ten czas pożytecznie :) Jeden z tych bardziej przyjemnych pomysłów na spędzanie czasu to bransoletki robione na drutach z motywem warkocza, do których śliniłam się już od roku, pochodzą z Pracowni Marianny. Brak umiejętności robienia na drutach spowodował, że cały poprzedni rok wyżywałam się robiąc bransoletki szydełkowe, aż w końcu się przemogłam i wzięłam lekcje dziergania u babci. Następnie mamina nauczyła mnie robić warkocze na drutach, trochę poćwiczyłam żeby wychodziła mi odpowiednia szerokość i poszło! Teraz już nic mnie nie powstrzyma, zrobiłam ich jak na razie 6 (tylko wczoraj 2,5) i mam już upatrzone ofiary, które zostaną nimi obdarowane.



Fantastyczne jest to, że szybko się je robi i najwyraźniej najlepiej czuję się w małych formach: szalik to maximum na jakie mnie stać. Próbowałam zrobić sobie komin, ale nie wiem, czy do przyszłego sezonu zimowego bym z tym zdążyła, zwłaszcza, że niespodziewanie przyszły syberyjskie mrozy do nas. Tak, cały czas było przyjemnie jak na tę porę roku i dopiero pod koniec stycznia zima sobie o nas przypomniała. I tak po raz kolejny cieszę się że nie mieszkam na Mazurach, bo tam temperatury dochodzą do -30 stopni. U nas jest tylko -12. Luzik. Do tego właśnie na mój urlop spadł śnieg - ależ naprawdę nie trzeba było! Ale wracając do tematu, poprosiłam maminę, żeby mi zrobiła ten komin i w dwa dni miałam gotowy - to był świetny pomysł :)
Mam jeszcze parę innych pomysłów, np. słuchanie audiobooków podczas robienia bransoletek, bo szkoda czasu na słuchanie bzdur z tv. Aura jest mroźna i słoneczna więc spacery w tempie marszobiegowym będą z pewnością dobrym pomysłem. Aczkolwiek nie czuję w sobie nieodpartej chęci do wychodzenia w domu, to może się to zmieni...

piątek, 6 stycznia 2012

Simplification - I like it


Znalazłam obrazek i zdjęcie tu i ku pamięci muszę to sobie wstawić na bloga. Zamiast postanowień noworocznych, jako postanowienia na całe życie :)

1. When deciding whether or not to do something (or buy something) if the answer is not "Absofrickinglutely!" then let the answer be a definitive, "No." I read this in a book recently, and it has been life-changing. Do you want to volunteer for the school annual fund this year? Well, I guess I should, but....STOP! The answer is no. Do you want to help the first grade bake cookies for Valentine's Day? Absofrickinlutely! You get the idea?

2. Purge, Purge, Purge. I think there are at least one zillion sayings that roughly translate to the less you own, the less that owns you. Grab a bag and purge. A bag a day for 30 days? Sure. And when you are tempted to buy something new, see #1 (Do you absofrickinlutely have to have it?)

3. Set limits to your availability and access to technology. My personal rule is that I log off at 7:30pm every night. No texts, no emails, no internet after that point. That way, I can relax without interruption and spend time with my family. Set limits to checking your email, too. A couple times a day (or a few more depending on your needs.) Otherwise, you can seriously spend your entire day checking your email and sending texts. I also recommend a technology fast every once in awhile. (Talk about feeling healthy and refreshed!)

4. Outsource, delegate, repeat. No one can do it all. (Unless of course, you can, in which case, can you call me so that I can delegate some tasks to you?) Hire a neighbor's cash-thirsty teenager to help with some household chores. Try to find room in your budget to outsource the most time-consuming things on your list.

5. Set your sights on new experiences, not new things. Experiences, more than material things, are what make humans the happiest. Perhaps rather than creating a wish list that includes new "things" (which will require packaging, un-packaging, using, storing, cleaning, upkeep, etc.) think about setting your heart's desire on new experiences. A backpacking trip. A new yoga class. A massage. A night with the TV turned off, cell phones on mute, laptops closed, playing backgammon with loved ones. Simply sublime.

środa, 4 stycznia 2012

śpiewać każdy może :)

Pisałam, że od końca września na próbach chóru ćwiczyliśmy kolędy na koncert, który odbył się 28-go grudnia. Był to bardzo ważny koncert, bo rozreklamowany w całym mieście i miał tak jakby zaprezentować w pełni nasz chór. Centrum Kultury, pod które podlegamy, szarpnęło się nawet na jednakowe stroje dla nas wszystkich. Śpiewaliśmy z towarzyszeniem dzieci ze Szkoły Muzycznej. Wyszło bardzo fajnie, ale trema była :)


nasz maestro :)

pan da

Obiecałam pandę, oto ona: